Ambasadorowie zrezygnowali. Sikorski: "Dowiedli, że się nie nadają"
Wystąpienie ministra spraw zagranicznych w TVN24 przyniosło serię niezwykle mocnych oskarżeń pod adresem otoczenia prezydenta. Sikorski w bezpardonowy sposób skomentował rezygnację ze stanowisk Pawła Solocha oraz Jakuba Kumocha w kontekście trwającego sporu o nominacje ambasadorskie.
Szef polskiej dyplomacji nie zostawił suchej nitki na decyzji obu dyplomatów, wskazując, że działali oni pod wpływem bezpośrednich instrukcji z otoczenia głowy państwa.
– To rzeczywiście niefortunna sytuacja. Nieprofesjonalne zachowanie. Pamiętajmy też, że nie zrobili tego sami z siebie. Byli do tego nakłaniani przez personel pana prezydenta. Tak jak poprzednio już kandydaci na ambasadorów są nakłaniani do skandalicznych zachowań. Ci dżentelmeni dowiedli tego, że nie nadają się na zawodowych dyplomatów – ocenił Sikorski.
Wicepremier ujawnił również kulisy działań, które miały nasilić się po piątkowych wydarzeniach w Alei Szucha. Z jego relacji wynika, że polscy dyplomaci za granicą stają się celem bezpośrednich nacisków politycznych.
– Mam informacje, jakoby polscy ambasadorowie otrzymywali telefony nakłaniające ich do rezygnacji ze stanowisk po wczorajszych wydarzeniach w TK. Wkrótce ma się odbyć tzw. konwent służby zagranicznej, na którym będą wyłaniani nowi kandydaci na kolejnych ambasadorów, i tam też są naciski, aby wycofywać swoje kandydatury – alarmował minister.
Sikorski nazwał tę praktykę "skandaliczną uzurpacją wpływu na służbę zagraniczną". – To ja za nią odpowiadam przed Sejmem, a jak trzeba, to i przed prokuratorem. To jest takie wyobrażenie Pałacu Prezydenckiego o tym, że rząd ma odpowiadać, a Pałac będzie sobie rządził – grzmiał.
Awantura pod TK. Sikorski uderza w Pałac Prezydencki
Pytany o odbiór Polski za granicą po piątkowych scenach pod gmachem Trybunału Konstytucyjnego, Sikorski zapewnił, że partnerzy zagraniczni nie pytają o rzekomy zamach stanu, nazywając takie tezy "absurdalnymi". Wskazał jednak na niepokojący kierunek działań prezydenta.
– Tłumaczę, że pan prezydent próbuje interpretować swoje role protokolarne jako władztwo, że próbuje ustanowić system prezydencki bez zmiany konstytucji, że próbuje przekształcić Polskę w republikę prezydencką, na co nie ma zgody – punktował szef MSZ.
W tym kontekście padły wyjątkowo ostre słowa. – To, że jest protokolarnie pierwszą osobą w państwie, nie znaczy, że może zastępować inne osoby w państwie. Ja bym go na przykład bez zaproszenia do Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie wpuścił – zapowiedział minister. Dodał, że opozycja i prezydent "nie mogą się pogodzić z tym, że stracili większość w Trybunale i że Trybunał naturalną koleją rzeczy przechodzi pod inną większość, a sceny, że prezydent się przepycha, oczywiście nie pomagają".
Sceptycznie o apelu Hołowni i prawicowym sojuszu z Braunem
Szef dyplomacji odniósł się także z dystansem do propozycji wicemarszałka Sejmu Szymona Hołowni, który wezwał do pilnego spotkania prezydenta z premierem i szukania "resetu".
– Uważam, że wystarczy przestrzegać konstytucji, tzn. sędziów wybiera Sejm, a nie prezydent – stwierdził minister. – Żeby takie porozumienie było możliwe czy jakiś reset, mimo że na prawicy to jest brudne słowo, to prezydent musiałby ustąpić z próby przejęcia władzy wbrew konstytucji – dodał.
Na koniec Sikorski ostrzegł prawicowych polityków przed wpadaniem w pułapkę narracji Kremla i sojuszy ze skrajnymi ugrupowaniami.
– Gdy prorosyjskie media czy propagandyści Putina chwalą polskich polityków, to powinni się dwa razy zastanowić. Ikoniczne jest też to zdjęcie Jarosława Kaczyńskiego z Grzegorzem Braunem. Bardzo daleko nasi prawicowcy zabrnęli, że się bratają z kimś, kto powinien być na kompletnym marginesie polskiej polityki – podsumował szef polskiej dyplomacji.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.