Śmierć o zapachu kawy i starego lateksu [REPORTAŻ]

Jest 4:50. Ciemno, lodowato, w pokoju unosi się duszny zapach wczorajszej herbaty i niewypowiedzianych lęków. Za oknem miasto jeszcze chrapie pod kołdrą z mgły, ale ja już jestem w trybie walki. Moje ciało to dobrze naoliwiona maszyna do ignorowania sygnałów alarmowych.
Wchodzę do łazienki, ochlapuję twarz zimną wodą. W lustrze widzę młodą kobietę, która trzy lata temu wierzyła w misję, etos i biały czepek. Dzisiaj ta kobieta wie, że misja to luksus dla tych, którzy nie muszą przeliczać pampersów na pacjenta.
O 5:20 przekręcam kluczyk w stacyjce. Muszę wyjechać teraz. Jeśli spóźnię się o minutę, przegrałam walkę. O miejsce parkingowe.
Igrzyska śmierci i dyrektorskie S-klasy
Pod szpitalem w mieście w południowo-wschodniej Polsce codziennie rozgrywa się ten sam dramat, igrzyska śmierci o kawałek asfaltu. Jest 6:10. Parking przed SOR-em to już kotłowisko blachy i spalin. Każdy centymetr zajęty przez tych, którzy przyjechali tu w poszukiwaniu ratunku, i przez nas, personel, który ma ich ratować. To pierwsza lekcja pokory: szukanie luki między dwoma zdezelowanymi passatami.
Nasz dyrektor to postać niemal mityczna. Nikt go nie widział na oddziale, ale wszyscy znają jego S-klasę. Pisaliśmy prośby o wydzielone miejsca dla pielęgniarek. Żebyśmy nie musiały biegać kilometr z osiedlowych uliczek, modląc się, by nikt nam nie wybił szyby za blokowanie wjazdu. Odpowiedź? "Parking mnie nie interesuje. Idźcie do miasta". Krótko, żołniersko.
Wchodzę do budynku. To nie jest "Szpital" z TVN-u. Tu nie ma lśniących podłóg. To miejsce śmierdzi starością, lizolem i tym specyficznym aromatem gotowanej kapusty, który wgryza się w ściany.
Schodzę do podziemi. Poziom minus jeden. Moja dniówka zaczyna się w szatni, która wygląda jak plan filmowy, opuszczony psychiatryk. Rozpadające się okna, koślawa ławka, szafki tak brudne, że strach włożyć tam czyste ubranie. Włączam światło, żarówka migocze w przedśmiertnych drgawkach.
Przywdziewam mundur. Biały pancerz. Teraz nie jestem Mileną, jestem zasobem ludzkim numer dwa na 40-osobowy oddział.
Paliatyw: Poczekalnia z widokiem na nicość
Medycyna paliatywna. To był mój pierwszy oddział. Mocne wejście, jakby ktoś wrzucił mnie do lodowatej wody.
Pamiętam takiego pana. Rak zżerał go od środka, został z niego tylko cień i te wielkie, błagalne oczy. Nikt do niego nie przychodził. Żadnej rodziny, żadnych telefonów.
- Pani Milenko, niech pani nie idzie - szeptał, gdy poprawiałam mu kroplówkę. - Niech pani jeszcze chwilę posiedzi. Tu tak strasznie cicho, jak pani wychodzi.
Siedziałam. Choć inne dzwonki wyły, choć starsza pielęgniarka krzyczała na korytarzu, że "młoda znowu się obija". Trzymał mnie za rękę tak mocno, jakby moje 23-letnie ciało mogło go zakotwiczyć po tej stronie.
Gdy umierał, byłam przy nim. Ostatnie, co powiedział, to ciche "dziękuję". Wtedy jeszcze myślałam, że to zwycięstwo. Potem przyszła szara rzeczywistość: czarny worek, procedura dwóch godzin i inne ciało na jego łóżku jeszcze przed obiadem.
Dziś paliatyw to dla mnie obraz totalnego zapomnienia. System tnie tu fundusze najbardziej, bo przecież "oni i tak umrą". Brakuje pampersów, brakuje podkładów. Pielęgniarka oddziałowa krąży jak sęp: "Oszczędzać rękawiczki! Jedna para na pacjenta!".
Jak mam umyć człowieka z odleżynami, babrząc się w jego odchodach i krwi, w jednej parze pękających lateksowych rękawiczek?

Młoda pielęgniarka opowiada o realiach pracy w szpitalu123RF/PICSEL
Neurologia: Krzyk w próżnię
Na neurologii jest inaczej. Tu jest głośno. Tu są udary, paraliże, ludzie zamknięci we własnych głowach, którzy potrafią tylko wyć z bezsilności. To tu najbardziej widać roszczeniowość rodzin.
- Dlaczego on jeszcze nie siedzi?! - wrzeszczy na mnie facet w garniturze, wskazując na ojca, który ma połowę mózgu zalaną krwią. - Płacę podatki! Macie go postawić na nogi!
- Panie, on miał rozległy udar, robimy co w naszej mocy...
- G... robicie! Kawę pijecie! Widziałem was w dyżurce!
Pacjenci bywają agresywni. Mózg w awarii nie wybiera środków. - Ty k..., puść mnie! - krzyczy pacjent z sali numer trzy, próbując wyrwać sobie cewnik. Krew sika na pościel, na mój biały uniform. Muszę go przytrzymać, zapiąć pasy.
- Panie Józefie, spokojnie...
- Gdzie moje buty?! - charczy.
Robimy to w dwie osoby, choć powinny być cztery. Prawo mówi, że nie wolno mi dźwigać więcej niż 12 kilo. A ja dźwigam 80. Sama. Bo koleżanka musi w tym czasie rozkładać leki, inaczej nie skończymy do wieczora. A lekarz? Lekarz stoi w drzwiach, patrzy w tablet i mówi: "Podać relanium". I idzie. Zostawia cię z tym wrzaskiem i z poczuciem, że jesteś tylko tarczą strzelniczą dla ludzkiego nieszczęścia.
Wybawiciel w białym kitlu i herbatka w dyżurce
Relacja pielęgniarka-lekarz to w Polsce system kastowy. Lekarz jest bogiem. Przychodzi na 15 minut, wypisuje zlecenia i znika. My jesteśmy z pacjentem całą dobę. Ale dla systemu to lekarz jest zbawcą. My jesteśmy "tymi od podawania kaczki".
A lekarze? Niektórzy traktują nas jak powietrze. Ich zlecenia to świętość, nawet jeśli w aptece szpitalnej są tylko leki przeterminowane o dwa lata. A potem podpisujesz się pod tym własnym nazwiskiem. Twoja pieczątka, twój krzyż.
Najgorsza jest jednak znieczulica koleżanek. Neurologia, znowu. Pacjent się zatrzymuje. Oddech staje, serce gaśnie. Dzwonimy po zespół z OIOM-u. Wpadają ratownicy, pot na czołach, defibrylator w gotowości. A co robią moje koleżanki, te "stare wygi"? Siedzą w dyżurce. Piją herbatkę.
- Gdzie ten pacjent?! - krzyczą ratownicy.
- No, tam, w czwórce pod oknem - odpowiada jedna z nich, nawet nie odstawiając kubka.
Zero ruchu. Chciało mi się wymiotować. One nas nienawidzą. Bo jesteśmy młode, bo nam się jeszcze chce. Wyżywają się przy każdej okazji. Raz kucharka chciała mi nalać zupy, która została w garze.
- Masz, dziecko, zjedz - mówi.
Nagle wyrasta przede mną starsza pielęgniarka.
- Tobie nie przysługuje! - wrzeszczy przy pacjentach.
Pół godziny później widzę, jak sama siorbie tę zupę w dyżurce. Jedzenie dla pacjentów to i tak pomyje, śmierdzące papki, których nie dałabym zwierzęciu, ale dla nas, personelu niższego szczebla, nawet te pomyje są zakazanym owocem.
Średniowieczna winda i transport donikąd
W naszym szpitalu pielęgniarka jest wszystkim: sprzątaczką, tragarzem i ochroniarzem. Transport pacjenta na blok operacyjny? Powinni to robić sanitariusze. Jest ich trzech na 12 oddziałów. Efekt? Pielęgniarka pcha łóżko przez korytarze, walczy z windą, poci się pod maską.
Winda to osobny krąg piekła. Starożytna, metalowa klatka, w której trzeba bez przerwy trzymać przycisk, żeby ruszyła. Prowadzisz pacjenta z paraliżem, musisz jedną ręką go trzymać, a drugą dusić ten przeklęty guzik. Jeśli puścisz, stajesz między piętrami.
Gdy pacjent umiera, pakujemy go w czarny worek. Zgodnie z procedurą trup musi leżeć dwie godziny na sali. Zdarza się, że obok inne pacjentki jedzą kolację, a metr dalej leży stygnąca sąsiadka z odkrytą twarzą, bo "może się jeszcze wybudzi". Toaleta pośmiertna to ostatni akt upokorzenia. Wyciągasz rurki, myjesz ciało, pakujesz w nylon. A potem prześcielasz to łóżko, bo jesteś młoda i nie masz prawa do zmęczenia.
Telefon do nieba
Dzień się kończy. Jest 14:30, ale oczywiście wychodzę później. Papierologia to nowotwór. Musisz zapisać, że pacjent przewrócił się na drugi bok, w komputerze i na papierze. Często zostaję po godzinach, za darmo, żeby tylko dopisać te wszystkie bzdury.
Wracam do mieszkania. Wchodzę pod prysznic. To mój rytuał oczyszczenia. Gorąca woda ma zmyć zapach szpitala, dotyk chorych ciał, widok czarnych worków. Włączam "Ranczo". Muszę posłuchać o głupotach, żeby nie oszaleć.
Ale dzisiaj nie mogę. Myślę o tej starszej pani z sali numer pięć. Była taka bezradna. Prosiła o naładowanie telefonu. Podpięłam go przy łóżku obok, bo przy jej wszystkie gniazdka były zajęte przez maszyny. Obiecałam: "Proszę pani, jak tylko złapie kreski, przyniosę". Chciała zadzwonić do syna.
A potem był krwotok na dwójce. Zapomniałam. Moja głowa wyrzuciła tę prośbę do kosza pod naporem adrenaliny. Wyszłam ze zmiany, a ten telefon został. Ona nie może wstać. Patrzy w sufit i widzi swój telefon metr dalej. Poza zasięgiem. Czuje się oszukana? Myśli, że młoda siksa ją olała?
Leżę w czystej pościeli i czuję fizyczny ból w klatce piersiowej. Ten telefon ciąży mi na sumieniu bardziej niż braki kadrowe. W tym chorym systemie zawiodłam, w tym jednym ludzkim geście. Nie dałam jej głosu.
Zamykam oczy. Widzę ją. Leży w ciemności, a dioda ładowarki mruga rytmicznie jak złośliwe oko. Syn dzwoni, telefon wibruje na szafce obok, a ona tylko wyciąga suchą, pomarszczoną dłoń. Brakuje centymetrów. W szpitalu metr to czasem odległość nie do pokonania.
Jutro znów tam pojadę. Znów będę walczyć o parking, znów będę wdychać lizol i omijać wzrokiem czarne worki na korytarzu.
Wstaję.
Jest 4:50.
Imię bohaterki zostało zmienione. Tekst jest wynikiem rozmowy ze studentką pielęgniarstwa praktykującą w opisywanym szpitalu.
Rzecznik Konfederacji w "Graffiti" o "cosplayerach" z Prawa i Sprawiedliwości: Udawanie kogoś, kim się nie jestPolsat News
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.