ESPNWho's on the CFP bubble? Did Week 8 burst the Big 12's two-bid dreams?Bollywood HungamaAli Abbas Zafar wraps up shooting for Ahaan Panday-Sharvari starrer Beparwah; says returning to YRF feels like “coming back home”Daily MaverickWINNING: Anna Trapido is Food Writer of the YearThe Jerusalem PostIsraeli Hollywood star Gal Gadot votes in 26th Israeli Knesset electionsPunchFRSC sends 19,560 number plates to FCT after delay complaintsUN NewsKenya: 20 Ebola contacts released from quarantineInquirerEstrada’s camp refutes Bonoan’s P7-B insertion claim anewThe Straits TimesDinner will never be Over at competitive eater Zermatt Neo’s new restaurantCapital FMFormer Kiambu governor Waititu, co-accused plead for leniency in sentencingZDF heuteAktuelle Pressemitteilungen des ZDFGhaflaRuto Breaks Ground on KSh70 Billion Cement Plant in KituiBBC NewsUK and EU officials to discuss freedom of movement
The Daily Newsstand · Free, Always
Tuesday, October 27, 2026

"Dzień sądu" nad Netanjahu. Wybory, które mogą wstrząsnąć polityką Izraela

Translate

Trzy lata po ataku terrorystycznym Hamasu, najkrwawszej masakrze w historii kraju, Izraelczycy pójdą dziś do urn. Przegrana premiera Benjamina Netanjahu może uruchomić lawinę rozliczeń i kosztować go więcej niż jedynie utratę władzy. Nie zmieni się jedno – bez względu na wynik wyborów Izrael utrzyma radykalny kurs wobec Palestyny.

  • Dziś w Izraelu odbywają się wybory parlamentarne, pierwsze od dnia rzezi, której Hamas dokonał w październiku 2023 r.
  • Największe szanse na zwycięstwo ma Likud, partia urzędującego premiera Benjamina Netanjahu, oraz Yashar!, na którego czele stoi emerytowany generał Gadi Eisenkot. Przedwyborcze sondaże pokazują niewielką przewagę jednej lub drugiej partii.
  • Żadna z tych partii nie będzie jednak w stanie zdobyć samodzielnej większości w 120-osobowym Knesecie. Do tego potrzebne będzie stworzenie koalicji.
  • Kampania wyborcza koncentrowała się na masakrze obywateli Izraela i podejściu poszczególnych ugrupowań do rozliczenia winnych tego, że zamordowanych zostało 1200 cywilów.
  • Dla Benjamina Netanjahu utrata władzy może skutkować jego rozliczeniem – premier ma zarzuty korupcyjne, a Międzynarodowy Trybunał Karny wydał wobec niego nakaz aresztowania za zbrodnie wojenne.
  • Bez względu na to, kto zwycięży, nie powinny ulec radykalnej zmianie: polityka zagraniczna Izraela, relacje z Waszyngtonem i wizja przyszłości Bliskiego Wschodu.

Sobota, 7 października 2023 r., godz. 6.29. Na Izrael zaczynają spadać pierwsze rakiety, wystrzelone ze Strefy Gazy przez terrorystów Hamasu. Premiera Benjamina Netanjahu ze snu wyrywa telefon od jego sekretarza wojskowego, gen. Avi Gila. Trzy minuty później w Jerozolimie i Tel Awiwie wyją syreny alarmowe.

Alarm słyszy również poseł opozycji Gadi Eisenkot, który szykuje się do porannego spaceru. Włącza telewizor. "Wojna" – rzuca do syna i pędzi prosto do kwatery głównej Sił Obronnych Izraela w Tel Awiwie.

Eisenkot nie pełni żadnych funkcji rządowych, ale jego obecność jest tam wręcz naturalna. To powszechnie szanowany były szef sztabu Sił Obronnych, którego doświadczenia nie można nie wykorzystać.

WIDEO

Izrael chce reedukować Polaków? | Marek Magierowski, Zbigniew Parafianowicz | BEZ DOKTRYNY #7 

Gdy spotkają się z Netanjahu, cztery tysiące palestyńskich bojowników przedziera się już na terytorium Izraela. Niektórzy używali ładunków wybuchowych i buldożerów, by sforsować mur graniczny. Inni nacierali na paralotniach z napędem spalinowym albo na motorówkach od strony morza. Dokonali rzezi: zamordowali 1200 cywilów, kolejnych 251 porwali jako zakładników.

Z sojusznika rywal

W Izraelu wstrząs. Gdy cztery dni później premier zaprosił byłego wojskowego do nadzwyczajnego rządu jedności narodowej, ten się nie wahał.

– Wszedłem do gabinetu, choć nigdy w życiu nie przypuszczałem, iż zasiądę przy jednym stole z Itamarem Ben-Gwirem i Bezalelem Smotriczem – mówił potem w rozmowie z "New Yorkerem". – Nie wiedziałem, że premier właśnie zakończył rozmowę z Joe Bidenem, który powiedział mu: "Nie rób tego".

Netanjahu nie posłuchał prezydenta USA, namawiającego go do powstrzymania się przed odwetem. On go pragnął tak jak będący przy jego uchu Ben-Gwir, szef bezpieczeństwa narodowego, oraz Smotricz, minister finansów. Obaj skrajnie prawicowi, obaj namawiający premiera do totalnego zniszczenia Hamasu, bez względu na koszty i liczbę ofiar cywilnych.

Efekty znamy. Wojna w Gazie, która według Netanjahu miała doprowadzić do "całkowitego zwycięstwa", trwa już trzy lata. Zginęło ok. 75 tys. Palestyńczyków, prawie dwa miliony zostały przesiedlone. W lipcu Izrael odrzucił plan pokojowy proponowany przez Radę Pokoju, operetkowy organ stworzony przez administrację Donalda Trumpa.

Generał broni Gadi Eisenkot (pierwszy z prawej) przekazuje obowiązki szefa sztabu Sił Obronnych. Po odejściu ze służby generał wchodzi do polityki
Generał broni Gadi Eisenkot (pierwszy z prawej) przekazuje obowiązki szefa sztabu Sił Obronnych. Po odejściu ze służby generał wchodzi do polityki © Getty Images | Lior Mizrahi

Eisenkot, który od początku uważał, że priorytetem powinno być uwolnienie zakładników, został zignorowany. Zrezygnował z członkostwa w gabinecie wojennym. W 2025 r. polityk założył ugrupowanie Yashar!. Dosłownie oznacza to "prosty", ale oddaje również poczucie moralnej integralności – bycia prawym i uczciwym.

Dziś partia jest wskazywana jako główny rywal Likudu premiera Netanjahu. Do stworzenia rządu potrzebnych jest 61 głosów w 120-osobowym Knesecie. Bez względu na to, czy wygra Yashar!, czy Likud, do uzyskania większości potrzebna będzie koalicja.

Jeszcze według kwietniowych sondaży Likud osiągała podobne wyniki jak partia Together, łącząca byłych premierów Jaira Lapida i Naftalego Bennetta (z tym drugim jako liderem listy). Pojawienie się Eisenkota zmieniło układ sił.

Choć jeszcze w kwietniu niektóre sondażownie szacowały, że jego partia zdobędzie maksymalnie ok. 10 mandatów, to w ciągu dwóch miesięcy zrównała się z Likudem. Ze zagregowanych przez Reuters danych z kilku firm sondażowych wynika, że tuż przed ciszą wyborczą partie anty-Netanjahu mogły liczyć na ok. 52–55 mandatów, a blok pro-Netanjahu na ok. 49–51 mandatów.

Bitwa na billboardy

Masakra cywilów z 2023 r. była głównym przedwyborczym tematem. Z wrześniowego sondażu dziennika "Haaretz" wynikało, że za kluczową sprawę uważało ją 68 proc. Izraelczyków. Większość wyborców, wśród nich także zwolennicy Netanjahu, opowiada się za powstaniem komisji śledczej, która miałaby zbadać zaniedbania wywiadowcze i obronne.

– Każdy rząd niekierowany przez Netanjahu z pewnością powołałby taką komisję już pierwszego dnia urzędowania – mówi Wirtualnej Polsce Assaf Sharon, profesor filozofii na Uniwersytecie w Tel Awiwie, współzałożyciel niezależnego think tanku Molad (Centrum Odnowy Izraelskiej Demokracji), który w 2011 r. doradzał izraelskiemu ruchowi protestów społecznych.

I dodaje: – Choć premier przedstawia 7 października jako niepowodzenie o charakterze lokalnym, to masakra okazała się porażką całej koncepcji strategicznej izraelskiej prawicy. Jeśli spojrzeć na późniejsze działania rządu, to w gruncie rzeczy jest to "zarządzanie konfliktem w wersji 2.0". Bardziej gwałtowne i brutalne, ale w istocie pozostające tym samym, czyli utrzymywaniem status quo. Tkwimy w martwym punkcie, kurczowo trzymając się strategii, która poniosła klęskę.

A Netanjahu szukał nowych wrogów, bo to dla niego wyborcze paliwo. Nie tylko odrzucił plan pokojowy dla Strefy Gazy, ale otworzył kolejne fronty: z Hezbollahem w Libanie i z Iranem, do czego namówił Donalda Trumpa. Toczy też, podobnie jak prezydent USA, wojenki na lokalnym podwórku: z mediami, elitami, "zdrajcami państwa" i "lewicowymi spiskowcami".

Benjamin Netanjahu przemawia do mieszkańców i zwolenników podczas wizyty kampanijnej na targu HaTikva w Tel Awiwie w Izraelu, 22 października 2026 r.
Benjamin Netanjahu przemawia do mieszkańców i zwolenników podczas wizyty kampanijnej na targu HaTikva w Tel Awiwie. 22 października 2026 r. © Getty Images | Erik Marmor

– Kampania opiera się na wywoływaniu lęku. Netanjahu próbuje zdyskredytować partie opozycyjne, twierdząc, że skapitulują przed wrogami – mówi WP Ilana Shpaizman, starsza wykładowczyni w Katedrze Nauk Politycznych Uniwersytetu Bar-Ilana. – Jego główny argument: jestem jedynym przywódcą zdolnym wyprowadzić Izrael z tego kryzysu.

Jeszcze jedna bitwa na przedwyborcze billboardy toczy się na ulicach miast i wiosek. Partia Likud, której liderem jest Netanjahu, postawiła gigantyczny billboard w samym centrum Tel Awiwu. Przedstawia znienawidzonych przez premiera: Alego Chameneiego – najwyższego przywódcę Iranu zabitego w 2026 r. w ataku na Teheran, Zohrana Mamdaniego – muzułmańskiego burmistrza Nowego Jorku, i Recepa Erdogana – prezydenta Turcji. Do tego napis: "Chcą, żeby zwyciężyła opozycja. Nie daj im wygrać".

Opozycja nie pozostaje dłużna. W okolicy bazy wojskowej Kirya, na jednym z plakatów czytam: "Nie zapomnimy o zaniedbaniach z października 2023". Na innym: "Tylko nie Bibi" (przydomek Netanjahu – red.). Z kolei na lotnisku Ben Guriona podróżnych przylatujących do Izraela wita napis: "Odpoczęliście? Podobało się? Teraz wracamy – i wygrywamy!". Tymi słowami zwraca się do rodaków partia Eisenkota.

- W Izraelu nie mamy już podziału na prawicę i lewicę. Jesteśmy podzieleni na dwa obozy: "Tylko Bibi" kontra "Każdy, tylko nie Bibi" – rozkłada ręce właściciel restauracji z zachodniej Jerozolimy. Sam określa się jako "niezdecydowany centrysta". – Wszyscy wiedzą, że, tak czy inaczej, wygra prawica. Czyli wszystko zostanie, jak było, co najwyżej zmienią się dekoracje.

Eisenkot na pogrzebie swojego syna
Eisenkot na pogrzebie swojego syna, który zginął w Strefie Gazy. 8 grudnia 2023 r. © Getty Images | ALEXI ROSENFELD

"Mr Security" kontra "Mr Nobody"

– Gadi Eisenkot ma dwa atuty – śmieje się prof. Assaf Sharon. – Po pierwsze, nie jest Netanjahu, po drugie, stanowi jego totalne przeciwieństwo.

Rzeczywiście, są jak ogień i woda.

"Bibi" dorastał w zamożnej dzielnicy Jerozolimy i jest synem intelektualisty. Nie przeszkadza mu to w tym, że od lat kreuje się na rzecznika klasy robotniczej i religijnych Żydów.

Gadi pochodzi z rodziny niezamożnych żydowskich migrantów z Maroka. Dzieciństwo i młodość spędził w Ejlacie uznawanym za peryferia Izraela. Z racji pochodzenia w wielu tradycyjnych bastionach Likudu ludzie mówią o nim: "Jeden z nas".

Netanjahu ma nosa do polityki. Sprawował władzę w Izraelu przez ponad piętnaście z ostatnich dwudziestu lat. W 2022 r., po trzech turach wyborów, stworzył rząd uznawany za jeden z najbardziej prawicowych i religijnych ostatnich dekad. Jego Likud, partia historycznie liberalna i nacjonalistyczna, przepoczwarza się jak on sam: była już neoliberalna, teraz pozycjonuje się jako antyliberalna. A Netanjahu rządzi, jak rządził, mimo że ciążą na nim zarzuty korupcyjne, a Międzynarodowy Trybunał Karny wydał wobec niego nakaz aresztowania za zbrodnie wojenne. Jego polityczna przegrana mogłaby go wpędzić w poważne kłopoty.

Eisenkot, traktowany już teraz przez wielu jako mąż stanu, żyje skromnie, a na wiecach występuje w czarnej koszulce polo. Po czterdziestu jeden latach służby w Siłach Obronnych Izraela, gdzie doszedł do funkcji szefa sztabu generalnego, nie ma politycznego doświadczenia – w latach 2022–2025 zasiadał jedynie w Knesecie. Dlatego krytycy z obozu premiera nazywają go "Mr Nobody" (Pan Nikt).

Netanjahu to z kolei miłośnik wystawnego stylu życia, który otacza się miliarderami, z zadowoleniem używa przydomka "Mr Security" (Pan Bezpieczeństwo). Od wybuchu wojny w Gazie sam porównuje się do Winstona Churchilla. Twierdzi, że bez niego Izrael nie przetrwałby jako państwo żydowskie.

Eisenkot unika patosu i stawia na konkret. Jak sam mówi, jako parlamentarzysta doszedł do wniosku, że "izraelska demokracja jest bardziej krucha, niż sobie wyobrażał". Jego kampania opiera się na 10-punktowym programie, który przewiduje przywrócenie bezpieczeństwa, jedności i demokratycznych instytucji Izraela, zrujnowanych za rządów Netanjahu.

Obu różni jednak przede wszystkim podejście do wydarzeń z 7 października 2023 r. Netanjahu nigdy nie poczuwał się do odpowiedzialności za zaniedbania państwa w zakresie bezpieczeństwa. "Gdyby mnie obudzili [w domyśle wcześniej – red.], wszystko potoczyłoby się inaczej" – bagatelizował. I nigdy nie przeszło mu przez myśl, by po masakrze dokonanej przez Hamas ustąpić ze stanowiska. Argumentuje, że przecież Franklin Roosevelt nie ustąpił po ataku na Pearl Harbor, a George Bush nie zrezygnował po 11 września, więc także i on powinien skupić się na wojnie.

A Eisenkot, któremu na sercu leżał los zakładników, twierdzi, że będzie dążył do "uleczenia ran kraju naznaczonego traumą masakr dokonanych przez Hamas". Ma osobiste powody. Jego syn Gal, żołnierz i ratownik medyczny, ten, którego obudził rano w dniu masakry, zginął w wybuchu ładunku podczas akcji w Strefie Gazy. Potem zginęło jeszcze dwóch bratanków Eisenkota. Dlatego, pogrążony w żałobie, podobnie jak Izraelczycy protestujący co sobotę na Placu Habima lub przed siedzibą Ministerstwa Obrony (w miejscu zwanym "Placem Zakładników"), domaga się powołania specjalnej komisji śledczej i rozliczenia premiera.

Benjamin Netanjahu przemawia w ONZ. Zgromadzenie zajmowało się m.in. niebezpieczeństwem, które niesie dla świata wojna w Strefie Gazy
Benjamin Netanjahu przemawia w ONZ. Zgromadzenie zajmowało się m.in. niebezpieczeństwem, które niesie dla świata wojna w Strefie Gazy. 24 września 2026 r. © Getty Images | ALEXI ROSENFELN

"Machina jadu"

"Nie zostanie po panu nic. Nie będzie muzeum pana imienia ani placu. Nie będzie nawet fontanny imienia Benjamina Netanjahu. Pozostanie tylko jedno: 7 października... Pana czas dobiegł końca. Grunt pod pana stopami płonie" – tymi słowami, rok po masakrze, zwracał się do premiera Jaira Lapida, lider centrolewicowej partii opozycyjnej, podczas jednej z debat w Knesecie.

Netanjahu zbywa taką krytykę wzruszeniem ramion. Wierzy, że jest niezatapialny. I poniekąd ma do tego powody. We wrześniu 2026 r. Izraelem wstrząsnęła książka "Hostages: 843 Days of Abandonment". Dziennikarze Shlomi Eldar i Ruth Yuval ustalili, że półtora tygodnia przed atakiem Hamasu szejk Mohamed bin Zayed Al Nahyan ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich ostrzegał Netanjahu, że planowana jest "wielka operacja" Hamasu. Wyszło na jaw, że premier zbagatelizował wieści i nie ostrzegł ani armii, ani służb bezpieczeństwa.

Ale mimo wybuchu afery słupki sondażowe nawet nie drgnęły.

– Choć doniesienia o postępowaniu premiera przed masakrą nie stawiają go w korzystnym świetle, prawdopodobnie nie wpłynie to na zachowania wyborcze – uważa Ilana Shpaizman z Uniwersytetu Bar-Ilana. – Dlaczego? Sprawa jest prosta: jego zwolennicy popierają go bez względu na wszystko. A wszyscy, którzy przestali na niego głosować, zrobili to już dawno temu. Liczba niezdecydowanych jest stosunkowo mała.

Przed wyborami Netanjahu stosował sprawdzone chwyty. Likud zatrudnia popularnych influencerów, by krytykowali opozycję. Premier chętnie występuje w propagandowym i ultranacjonalistycznym Kanale 14, zwanym przez przeciwników "machiną jadu". W jednym z wywiadów stwierdził nawet, że ewentualna wygrana któregoś z rywali będzie "początkiem końca państwa Izrael".

W lipcu sztab Netanjahu opublikował obrzydliwy, wygenerowany przez AI film, na którym widać Eisenkota na łące. Przebiega obok młodego mężczyzny, który przypomina jego zmarłego syna, by za chwilę objąć Mansura Abbasa, polityka narodowości arabskiej i lidera partii Ra'am. To sugestia, że po wyborach Eisenkot miałby układać się z arabskimi partiami.

– Podstawową taktyką Netanjahu jest delegitymizacja każdego rywala, czy to z lewicy, czy z prawicy, czy z wnętrza własnego obozu. Zawsze chodzi o to samo: zdyskredytować tych, którzy mogą mu zagrozić – opowiada prof. Assaf Sharon.

Tuż przed wyborami Netanjahu przekroczył wszelkie granice w dezinformacji, a na kreowaniu strachu w społeczeństwie zbija polityczny kapitał. Gdy 30 września samolot lecący z Dubaju do Tel Awiwu został skierowany do Arabii Saudyjskiej [w wyniku awantury w kokpicie pilotów – red.], premier nie czekał na wyniki śledztwa, ale od razu postraszył naród "próbą porwania", co szybko okazało się nieprawdą. Zdążył jednak porównać incydent do ataku terrorystycznego na World Trade Center.

"Nie jesteś aplikacją ostrzegawczą, jesteś premierem Izraela. Jeśli podejrzewałeś, że istnieje ryzyko wybuchu samolotu, co z tym zrobiłeś? Zacznij brać odpowiedzialność za bezpieczeństwo. To dokładnie taka sama sytuacja jak 7 października" – krytykował Netanjahu Naftali Bennett, były premier Izraela i lider partii, która może zgarnąć w wyborach kilkanaście mandatów.

Politolożka Ilana Shpaizman: – Obecny rząd nie ma się czym pochwalić. W związku z tym jedyny przekaz brzmi mniej więcej tak: wiemy, że sytuacja jest zła, ale jeśli wygra opozycja [określana mianem "lewicy", choć w jej skład wchodzą również partie o zdecydowanie prawicowym profilu – red.], czeka nas powtórka z 7 października, a nawet coś gorszego.

Jogging z bombowcami

Trzy lata po wybuchu wojny w Gazie dziesiątki mieszkańców Tel Awiwu uprawiają jogging przy nadmorskiej promenadzie Tayelet. Świeci słońce, ludzie piją kawę w kawiarnianych ogródkach, słychać śmiechy.

– Widziałem scenę, gdy nad głowami trenujących Izraelczyków w kierunku Gazy lecą samoloty bojowe. Nikt nawet nie podniósł głowy. To symboliczny obrazek, bo pokazuje realia. Najbogatsi nic sobie nie robią z wojny i polityki. W najgorszym razie, jeśli znów wygra "Bibi", to wyjadą z kraju – opowiada mi aktywista z Izraela.

Choć w bogatym Tel Awiwie tego nie widać, to Izraelczycy na własnej skórze odczuwają działania państwa na kilku frontach. Realna siła nabywcza szekla izraelskiego gwałtownie spadła z powodu zamrożenia płac, w najbiedniejszych obywateli uderzają coraz wyższe podatki (m.in. od nieruchomości), regularnie rosnące ceny żywności, paliwa (w przeliczeniu litr benzyny kosztuje już ponad 10 zł) oraz energii.

Aktywista: – Ludzie pogodzili się z tym, że jako społeczeństwo musimy płacić za politykę bezpieczeństwa państwa. Ludzi bardziej niż sama wojna bulwersuje fakt, że Netanjahu próbuje przejąć władzę sądowniczą.

Sprzeciw głównie lewicowej części społeczeństwa rzeczywiście budzą dążenia Netanjahu do ograniczenia uprawnień Sądu Najwyższego. Powód wydaje się oczywisty – premier ma m.in. zarzuty o korupcję.

Niektórzy wyborcy, raczej z lewej strony i centrum, narzekają również na alienację Izraela na arenie międzynarodowej, a nawet ostatnie podkopanie sojuszu z USA. Szerokim echem poniosły się słowa Trumpa, cytowane przez autorów świeżo wydanej książki pt. "Regime Change". Amerykanin miał powiedzieć do Netanjahu: "Wszyscy mają cię dość, Bibi. Wszyscy Żydzi mają cię dość. Nawet ci dwaj Żydzi biorący udział w tej rozmowie mają cię dość".

Trump w swojej niestabilności zdanie jednak zmienił. 18 października we wpisie na Truth Social napisał: "Bibi Netanjahu jest premierem-wielkim wojownikiem i jeszcze lepszym partnerem na rzecz pokoju w walce z Islamską Republiką Iranu, z jej 51-letnim hasłem: » Śmierć Izraelowi, śmierć Ameryce! Zniszczymy Małego Szatana i Wielkiego Szatana«."

A wracając do wcześniejszej wypowiedzi Trumpa – może i wszyscy mają dość "Bibiego", ale "Bibi" wcale nie ma dość władzy. I wie, jak sterować nastrojami społecznymi. Jak pokazał sondaż Jewish People Policy Institute: 55 proc. Izraelczyków bardziej niż kolejnej wojny obawia się podziałów wewnętrznych.

Zdaniem prof. Assafa Sharona to dowód na to, że dzięki machinie propagandowej Netanjahu zawłaszczył dyskurs o bezpieczeństwie Izraela i to on w pewnym sensie rozdaje karty.

– Po 7 października słyszeliśmy, że winę ponosimy wszyscy, bo zabrakło nam jedności narodowej. Prawica była nawet skłonna wziąć na siebie część winy, przyznając: "Tak, to nasza wspólna wina. Nie przykładaliśmy wystarczającej wagi do znaczenia jedności narodowej" – wyjaśnia profesor. – Gdy prawica czuje się zapędzona w kozi róg, natychmiast sięga po hasła dotyczące jedności. To zjawisko powtarzające się od dawna, ale Netanjahu jest prawdziwym mistrzem tej techniki.

A równocześnie sam podkopuje tę jedność. Żeby za wszelką cenę utrzymać koalicję, Netanjahu wielokrotnie ulegał ekstremistycznym ministrom otwarcie opowiadającym się za czystkami etnicznymi Palestyńczyków i aneksją Zachodniego Brzegu.

Zgodził się np. na zwolnienia ze służby wojskowej ortodoksyjnych osadników oraz wypłatę rządowych dotacji dla nowych osiedli i placówek na terytoriach palestyńskich, mimo że te osiedla są nielegalne, zarówno według izraelskiego, jak i międzynarodowego prawa. Żelazny elektorat Netanjahu to kupuje. Za to bardziej centrowa część elektoratu opowiada się za powszechnym poborem dla wszystkich obywateli, co zresztą postuluje cała opozycja, na czele z Eisenkotem.

– Eisenkot praktycznie nie zajmuje stanowiska w żadnej kontrowersyjnej sprawie. Może z wyjątkiem właśnie kwestii poboru ultraortodoksów do wojska. W tym przypadku podobne zdanie ma większość społeczeństwa – ocenia prof. Assaf Sharon. – W innych ważnych tematach opozycja nie przedstawia alternatywy. W zasadzie mówi tylko: "Będziemy robić to samo co Netanjahu, tyle że będziemy bardziej kompetentni, mniej skorumpowani i nie zniszczymy demokracji". Nic dziwnego, że wyborcy myślą: "Jeśli ktoś ma robić to samo co Netanjahu, to wolę oryginał". W efekcie człowiek, który już dawno powinien ponieść klęskę, może liczyć na zaufanie prawie połowy społeczeństwa.

– Wielu zwolenników koalicji rządzącej, jeśli nie większość, popiera czystki etniczne i aneksję. Dla nich postulaty ultraortodoksów to rozsądna cena za utrzymanie prawicy u władzy – uważa Ilana Shpaizman. – Inni albo uważają Netanjahu za wybitnego przywódcę, albo szczerze wierzą, że sytuacja mogłaby się pogorszyć, gdyby do władzy doszła lewica.

Izraelski system parlamentarny sprawia, że wyborcy głosują na partie, a nie bezpośrednio na premierów. Lider, któremu prezydent Icchak Herzog powierzy misję tworzenia rządu, będzie musiał wykazać się talentem politycznym niezbędnym do zbudowania koalicji, która niekoniecznie będzie odzwierciedlać preferencje większości wyborców. A w tym mistrzem jest Netanjahu.

Ewentualna zmiana nie przyniesie odwilży

Trzy lata po wybuchu wojny wojsko Izraela zrównało z ziemią większość budynków w Strefie Gazy (w tym prawie wszystkie szkoły i 86 proc. przedszkoli). Agencje ONZ, w tym UNRWA i Światowy Program Żywnościowy (WFP), stale alarmują o katastrofalnych warunkach bytowych palestyńskich cywilów. Żyją w przepełnionych strefach humanitarnych, nie mają dostępu do czystej wody, lekarzy i jedzenia. Czterech na pięciu mieszkańców Gazy jest bezpośrednio uzależnionych od pomocy humanitarnej ze świata.

– Być może bombardowania nie są już tak intensywne, ale żyjemy w ciągłym strachu i cierpieniu – mówi mi 31-letni Rizq Sufyan Abo Halima z Gazy. – Mamy wrażenie, że świat o nas zapomniał. Liczymy, że przypomni sobie o nas z racji wyborów w Izraelu.

Tydzień przed wybuchem wojny Rizq wziął ślub. Dziś razem z żoną wychowują kilkunastomiesięczne dziecko. Rozmawiamy telefonicznie, ale połączenie kilka razy się zrywa. Doktor Halima jest stomatologiem. Odkąd wybuchła wojna, straciła już dwa gabinety. Pierwszy, w mieście Sheikh Zayed w północnej części Strefy Gazy, został zbombardowany kilka dni po odwecie Izraela. Gdy przeniosła się do Gazy, kolejny gabinet został zniszczony podczas ataku wojska, tuż przed podpisaniem zawieszenia broni w 2025 r. Teraz Halima przyjmuje pacjentów w białym namiocie rozbitym w dzielnicy al-Nasr w Gazie. Przyznaje, że opieka stomatologiczna w całej Strefie stała się luksusem.

– Gdybym zamiast namiotu wynajął mieszkanie, koszt plomby dla pacjenta wzrósłby dwukrotnie. A już teraz taka plomba kosztuje prawie 120 dolarów, bo na rynku brakuje surowców – opowiada doktor, gdy oprowadza mnie z włączoną kamerą telefonu po "gabinecie". – Wszystko stało się tak drogie, że każdego dnia walczymy o przetrwanie. Nie wiem, co musiałoby się zmienić, byśmy wrócili do normalnego życia.

– A jeśli Netanjahu zostanie odsunięty od władzy? – pytam.

– Możemy tylko żyć nadzieją – odpowiada doktor. – Liczmy, że nowy rząd bez Netanjahu, Smotricza i Ben-Gwira będzie mniej brutalny. Ale czy coś się zmieni? Nie sądzę. Żeby doszło do zmiany, potrzeba byłoby świeżej krwi w polityce, odważnych ludzi, którzy zmienią Izrael. A takich na scenie nie ma.

Podobne opinie ze strony Palestyńczyków słyszę na okupowanym Zachodnim Brzegu. Tam nie jest aż tak dramatycznie jak w Strefie Gazy, choć przed wyborami kampania terroru ze strony radykalnych osadników żydowskich i ochraniającej ich armii stała się o wiele bardziej intensywna. Tylko we wrześniu doszło do ponad 1600 ataków na Palestyńczyków. Wszystko za przyzwoleniem Netanjahu i jego ministrów.

– To demonstracja siły ze strony władzy. Być może ostatnia szansa, by pokazać niezdecydowanym obywatelom, że mają do wyboru rządy silnej ręki albo podejście humanitarne, rozumiane przez prawicę jako słabość – przyznaje pracownik ONZ, który pracuje w Hebronie.

Z sierpniowego sondażu Jewish People Policy Institute wynika, że 55 procent żydowskich mieszkańców Izraela opowiada się za utrzymaniem przez Izrael kontroli nad osiedlami radykałów na Zachodnim Brzegu.

Eisenkot, w przeciwieństwie do Netanjahu, dystansuje się od skrajnych planów aneksyjnych i krytykuje osadników. Uznał, że ich kampania terroru stanowi "dyplomatyczne obciążenie dla wizerunku Izraela". Ale wcale nie zamierza likwidować już istniejących placówek ekstremistów.

I choć z m.in. tego powodu w zachodnich mediach Eisenkot jest często przedstawiany jako racjonalna i "łagodniejsza" alternatywa dla Netanjahu, to w wielu przekazach zapomina się o tym, że to właśnie generał jest architektem "Doktryny Dahiya". Sformułowana przez niego przed osiemnastoma laty teoria zakłada, że armia Izraela ma prawo użyć rażąco miażdżącej siły militarnej, także bombardowań infrastruktury cywilnej, jeśli toczy wojnę z wrogiem asymetrycznym, np. Hamasem czy Hezbollahem.

Eisenkot w tej sprawie zdania nie zmienił. Podobnie jak w kwestii palestyńskiej.

"Nigdy nie mówiłem o dwóch państwach dla dwóch narodów, ponieważ rozumiem głębię tego konfliktu – religijnego, narodowego i społecznego; każdy, kto mówi o »pokoju już teraz« i dwóch państwach, nie rozumie istoty tego konfliktu" – mówił podczas jednego z wieców wyborczych.

Każde inne stwierdzenie byłoby politycznym samobójstwem: średnio tylko co piąty obywatel Izraela wierzy w możliwość pokojowego współistnienia Izraela i przyszłego państwa palestyńskiego. Dlatego nawet jeśli wybory doprowadzą do upadku Netanjahu, to nowy rząd raczej nie obierze radykalnie odmiennego kursu w polityce wobec okupowanej Palestyny.

Profesor Assaf Sharon: – Jeśli w rządzie zabraknie Smotricza i Ben-Gwira, to codzienne życie Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu może nieco się poprawić, na pewno w kwestii panującego bezprawia, pogromów dokonywanych przez żydowskich terrorystów czy pełnego zaangażowania izraelskiej policji i wojska w proces czystek etnicznych. Ale zasadnicza zmiana w kierunku końca okupacji i ucisku Palestyńczyków? Obawiam się, że na to się nie zanosi.

Pracownik ONZ: – Większość obywateli wcale nie popiera takiego skrajnego kursu wobec Palestyny. Głównie dlatego, że z tego powodu świat zaczął traktować Izrael jak kolegę, z którym nie warto pokazywać się w towarzystwie. I boją się konsekwencji gospodarczych. Ale czy to wystarczy do pożegnania z Netanjahu? Nie sądzę.

Politolożka Ilana Shpaizman: – Jeśli obecny rząd utrzyma się u władzy przez kolejne cztery lata, Izrael przestanie być demokracją liberalną. Stanie się autokratycznym państwem religijnym.

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.