Kierunek polaryzacja na sterydach [OPINIA]
Jeśli szukać jednego przesłania, które przenikało całe wystąpienie Donalda Tuska, to z pewnością nie była to troska o praworządność, ani zachowanie reguł prawa, ale pokaz sprawczości i siły.
Donald Tusk postanowił zaprezentować się swojemu elektoratowi (jego najtwardszej części), jako silny, zdecydowany polityk, który nie ustępuje nie tylko przed przeciwnikami, ale nawet przed malkontentami z własnego obozu, którzy - kompletnie wbrew "mądrości etapu" - zarzucają premierowi niewierność regułom praworządności czy nawet bezprawne działania. Im Tusk przeciwstawia nagą siłę, która ma budować "demokrację walczącą", która żelazną pięścią sprzeciwia się wszystkim, którzy nie chcą zmiany prawnej. To wystąpienie trzeba zresztą osadzić w szerszym kontekście ostatnich wpisów premiera, który wprost sugeruje, że opozycję trzeba wyprowadzić za rok z parlamentu. To zdecydowanie nie jest język demokracji, ani dialogu, to manifestacja siły i sprawczości, która przyznaje sobie samej prawo do ignorowania reguł prawa.
I to jest drugi, istotny - choć starannie ukrywany - element tego wystąpienia. Tusk odwołuje się w nim do uzdrawiania sytuacji, podkreśla, że odbudowa praworządności wymaga ofiar z wierności jej regułom, a jednocześnie starannie ukrywa, że jego działania wcale owej odbudowanie nie służą. A nie służą, bo nie prowadzą do prawnego uzdrowienia sytuacji.
Gdy wczoraj pytałem prawników (i to ze strony tzw. praworządnościowej), kto jest obecnie zwierzchnikiem TK, odpowiedzią było stwierdzenie, że to ciekawe pytanie prawne…, i że co do zasady odwołanie Święczkowskiego było oparte na wątpliwych zasadach prawnych, co może oznaczać, że sędzia Korwin-Piotrowska szefową nie jest, ale co do faktów, oczywiście, jako że siła jest po jej stronie, to ona sprawuje obecnie władzę. De iure nie jest więc może zwierzchnikiem, ale de facto już jest.
Tyle, że nawet to nie jest do końca prawdą, bo choć to ona kontroluje obecnie budynek sądu, to - wszystko na to wskazuje - nie ma mocy sprawczej, by zwołać skuteczne prawnie zgromadzenie ogólne, a nie ma go, bo pozaprawne (to choćby ocena Fundacji Helsińskiej, ale także wielu z prawniczych autorytetów, choćby prof. Marcina Matczaka czy szefa Naczelnej Rady Adwokackiej Przemysława Rosatiego) działania doprowadziły do tego, że nawet przychylna zmianom część sędziów powołanych za czasów PiS, obecnie jej nie poprze i nie przyjdzie na zgromadzenie. Bez kworum będzie to zaś jedynie bezwartościowe spotkanie, które niczego nie uzdrowi.
Pat będzie trwać
Pat będzie więc trwał dalej, szczególnie, że nawet jeśli koalicja wybierze, wraz z wygasaniem kadencji poprzedników, nowych sędziów i kworum uda się zebrać, to prezydent - co już pokazał (choć te jego działania zdają się także być niezgodne z konstytucją i pozaprawne) - może odmówić ich zaprzysiężenia. A nawet jeśli tego nie zrobi (choć dlaczego miałby tego nie zrobić, skoro główne regułą obecnie jest wyjaśnianie, że robi się coś, bo się może), to i tak, to od niego zależy mianowanie nowego szefa TK. Inna rzecz, że jest już jasne, że praworządności nowego składu TK nie będzie uznawał ani PiS, ani prezydent, ani znacząca część prawicowej opozycji. Uzdrawianie praworządności zakończy się więc tym, że opozycja i koalicja zamieni się miejscami. I teraz to ta druga strona (także winna obecnej sytuacji) nie będzie uznawać autorytetu TK.
Wybory, jeśli nie wygra ich prawica (która dostała mocny wiatr w żagle, by się zjednoczyć), także niczego nie rozstrzygną, bo nadal prezydent nie będzie uznawał tego modelu TK, a bez niego niewiele da się zrobić. Jeśli zaś wygra je prawica, to będzie to oznaczać natychmiastowy koniec tego TK, zbudowanie nowego, jeszcze bardziej politycznego i polityczne czystki i rozliczenia, zapewne ostrzejsze, niż obecne. Uzdrawiania, o którym mówi premier będzie więc całkowicie nieskuteczne.
Donald Tusk jest zaś zbyt inteligentnym politykiem i człowiekiem, by tego nie wiedzieć. Jeśli więc robi to, co robi, to zdecydowanie nie z powodu praworządności albo troski o reguły prawa, które sam łamie, ale by przygotować swoją formację i inne do wyborów. Ustawienie w ten sposób szachownicy (a może bardziej klatki do MMA) nie tylko - jak to ujął prof. Antoni Dudek - prowadzi do turbo-polaryzacji, ale przede wszystkim wymusza na zwolennikach premiera, a także koalicjantach jednoznaczne opowiedzenie się po jego stronie, albo wypad z gry. PSL, a nawet Nowa Lewica są obecnie za słabe, by jednoznacznie się przeciwstawić, co wymusza na nich grę na warunkach KO i zapewne budowanie jednej listy, szczególnie, że jeśli nie będą protestować, to z perspektywy dążącej do władzy prawicy, będą tak samo winni jak Tusk, a zapewne łatwiejsi do odstrzału…
Co zaś daje to wyborczo? Ponowne, być może już ostatni raz, ustawienie sceny wyborczej w kategoriach apokaliptycznych, starcia sił dobra i zła. To bardzo wygodne także dla słabnącego PiS, ale tym razem o wiele wygodniejsze dla KO. I to, że obraz ten daleki jest od prawdy, bo akurat w kwestii wierności regułom państwa prawa obie główne strony tej stawki mają potężne winy na swoim koncie, i obie grają pozaprawnie, nie ma oczywiście w obecnym starciu nic do rzeczy. Teraz chodzi o pokazanie sprawczości i determinacji i wymuszenie opowiedzenia się po jednej ze stron. Wystąpienie Tuska zaś pokazuje to z cała mocą.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.