The Jerusalem PostThe Israel we could build: What the next gov't should do in its first 100 days - opinionDaily MaverickATHLETE ADVOCACY: Why South African sportspeople need an independent voice to fight governance failureBillboardTinashe Sends Message to Republican Fans During 2026 Midterm Elections: ‘Y’all Can Go’ZDF heuteAktuelle Pressemitteilungen des ZDFBBC BusinessPoundland owner in crunch talks as retailer's collapse loomsESPNSeahawks QB Darnold ruled out this week, will be week-to-week, coach saysCBC NewsKellogg's Rice Krispies changed its U.K. recipe, muffling its iconic snap, crackle and popRolling Stone‘Don’t Get Rid of MAGA!’: Some Young Republicans Are Sticking by Trump After Blowout LossANSA SportCalcio: Lazio; lesione al quadricipite femorale per Zaccagni, out contro il NapoliThe South AfricanMore ballot papers and election materials stolen in KwaZulu-NatalLa Presse« Je ne me rappelle rien » | Il a tué son ex-copine après avoir contacté plusieurs escortesRai NewsSera 24 - Puntata del 04/11/2026
The Daily Newsstand · Free, Always
Wednesday, November 4, 2026

Klęska Trumpa i wielka smuta amerykańskiej prawicy [OPINIA]

Translate

W noc wyborczą można było odnieść wrażenie, że po raz pierwszy od dłuższego czasu amerykański przywódca wyszedł ze swojego wyimaginowanego, cukierkowego uniwersum, w którym wszystko jest "beautiful", "fantastic" i "amazing". Gdy już wyszedł, zderzył się z ponurą rzeczywistością, w której miliony rodaków po prostu go nie znoszą. A nawet nienawidzą.

Tekst powstał w ramach projektu WP Opinie. Przedstawiamy w nim zróżnicowane spojrzenia komentatorów i liderów opinii publicznej na kluczowe sprawy społeczne i polityczne.

Oprócz samych wyników wyborów do Kongresu USA najbardziej uderzająca była chyba reakcja… Donalda Trumpa.

Partia Republikańska utraciła większość w Izbie Reprezentantów i w Senacie, lecz prezydent przyjął tę klęskę z zaskakującą pokorą. Pamiętając o jego wybuchowym temperamencie, można było się spodziewać kolejnej eksplozji wściekłości, wyzwisk, oskarżania wszystkich o wszystko, zrzucania winy na Bidena, globalistów i zakłamane media.

Owszem, było trochę psioczenia – co ciekawe, oberwała nawet konserwatywna stacja Fox News, dotąd uznawana za poddańczo lojalną wobec głowy państwa – ale pojawiły się także koncyliacyjne gesty.

Po pierwsze, Trump uznał wyniki głosowania (co nie wydawało się wcale takie oczywiste), po drugie, pogratulował demokratom ("Ciężko pracowali na to zwycięstwo"), po trzecie, zaś ogłosił, że nie ma zamiaru przez kolejne dwa lata jedynie wetować ustaw, przygotowywanych przez nową większość.

WIDEO

Demokraci wygrywają wybory do Kongresu USA. Nagrali reakcję Amerykanów:

Zasugerował, że jeśli demokraci przyjdą do niego z ciekawą propozycją, będzie pole do negocjacji, choć jeszcze dzień wcześniej twierdził coś dokładnie odwrotnego.

Jedyne, co się nie zmieniło, to brak refleksji nad własną odpowiedzialnością za bolesną porażkę Partii Republikańskiej. "Gdyby moje nazwisko było na karcie wyborczej, wygralibyśmy MIAŻDŻĄCO!" – napisał Trump na Truth Social. Tyle że w trakcie kampanijnych mityngów – jak obliczyli dziennikarze – prezydent ponad 40 razy nawoływał: "Głosujcie tak, jakby moje nazwisko było na karcie wyborczej!". Wygląda na to, że wyborcy podążyli za tym apelem, ale chyba nie tak, jak oczekiwał jego autor.

Arogancja i brak empatii

Głosowanie przybrało charakter plebiscytu – za lub przeciw Trumpowi. To nie była "niebieska fala" (niebieski to symboliczny kolor Partii Demokratycznej), lecz raczej "czerwona powódź", tak intensywna i gwałtowna, że republikanie w mgnieniu oka stracili większość swojego politycznego dobytku.

W noc wyborczą Trump udzielił kilku wywiadów, czasami spontanicznie odbierając telefony na antenie. Lecz w każdej z tych rozmów, zamiast furii, pobrzmiewało raczej zmęczenie i rozczarowanie. Można było wręcz odnieść wrażenie, że po raz pierwszy od dłuższego czasu amerykański przywódca wyszedł ze swojego wyimaginowanego, cukierkowego uniwersum, w którym wszystko jest "beautiful", "fantastic" i "amazing", i zderzył się z ponurą rzeczywistością, w której miliony rodaków go po prostu nie znoszą. A nawet nienawidzą.

Moglibyśmy się długo rozwodzić nad przyczynami tego zwrotu (pisałem o nich już wielokrotnie w Wirtualnej Polsce). O cenach paliw, o drożejącej żywności, o sprzeciwie wobec wojny z Iranem. W kilku sondażach przeprowadzonych tuż przed wyborami ok. 60 proc. respondentów źle oceniało politykę ekonomiczną Białego Domu, tyle samo było przekonanych, że dla Trumpa ważniejsze są jego partykularne zyski niż interesy państwa, a 70 proc. wyrażało się negatywnie na temat militarnej interwencji w Zatoce Perskiej.

Kto wie jednak, czy na nastroje społeczne nie wpłynął jeszcze jeden znaczący czynnik: arogancja i zdumiewający brak empatii ze strony Trumpa, JD Vance’a, spikera Izby Reprezentantów Mike’a Johnsona i wielu prawicowych kandydatów na kongresmenów. Notorycznie i otwarcie lekceważyli oni narzekania wyborców – także we własnym obozie – na pogarszające się warunki życia, na inflację, na afery korupcyjne.

I tak Cindy Hyde-Smith, republikanka broniąca fotela senackiego w stanie Mississippi, w jednym z wywiadów stwierdziła, że jeśli kogoś nie stać na wołowy stek, może "zamienić mięso na inne proteiny". Jej rywal, Scott Colom, natychmiast wyprodukował klip, w którym "zwykli" mieszkańcy stanu mówią: "Inne proteiny? To już wolę wymienić panią senator".

Gdy piszę te słowa, po zliczeniu 95 proc. kart, Colom jest na prowadzeniu, aczkolwiek z minimalną przewagą. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Mississippi uchodzi za stan mocno konserwatywny, a w ostatnich wyborach prezydenckich Trump wygrywał tutaj z Kamalą Harris różnicą… 28 punktów procentowych (sic).

Tak też było w dziesiątkach innych przypadków, gdzie przedstawiciele MAGA przegrywali z kretesem w okręgach tradycyjnie "czerwonych" – takich, w których obecny prezydent, w 2016, 2020 i 2024 r., wyprzedzał swoich konkurentów o co najmniej kilkanaście punktów.

Szczególnie upokarzająca była utrata Teksasu, w którym nowym senatorem został demokrata James Talarico, a nową gubernatorką (i pierwszą w historii Latynoską na tym stanowisku) demokratka Gina Hinojosa. Swoją drogą, 37-letni Talarico mógłby być od biedy wnukiem 80-letniego Donalda Trumpa, zaś 52-letnia Hinojosa jego córką.

Najwyraźniej więc nawet dotychczasowi zwolennicy Trumpa byli już zmęczeni opowieściami o "groźbie socjalizmu" wiszącej nad Ameryką, o biologicznych mężczyznach startujących w zawodach sportowych kobiet, o badaniu testosteronu wśród żołnierzy, o tym, ile Ameryka zarabia na ropie z Wenezueli, a ile na cłach, nakładanych na resztę świata…

Czyste mrzonki albo tematy, które były ważne dwa lata temu, a dzisiaj już mało kogo obchodzą. Może oprócz najbardziej betonowej bazy ruchu MAGA.

Wisienką na torcie i najlepszą ilustracją tego narracyjnego odklejenia była konferencja prasowa Trumpa, wieńcząca kampanię, którą poświęcił… walce z algami w słynnej sadzawce ("reflecting pool") przed Mauzoleum Lincolna w Waszyngtonie. Z góry przepraszam za kolejny wtręt po angielsku, ale chyba nie ma w polszczyźnie dobrego odpowiednika sformułowania: "Who the f*** cares?".

Zresztą, zwróćmy uwagę: kiedy prezydent USA pochyla się nad problemami hydrologicznymi, ulubieniec lewicy, burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani, wprowadza przepisy zmuszające koncerny medialne (i nie tylko) do ułatwień związanych z rezygnacją z różnego rodzaju subskrypcji. To pokazuje różnicę między rozmową z wyborcami a rozmową z samym sobą. Między realnymi uciążliwościami, które irytują obywateli na co dzień, a rzeczami kompletnie nieistotnymi.

Czy wtorkowe trzęsienie ziemi oznacza początek trwałego trendu w amerykańskiej polityce? Czy jesteśmy świadkami powolnego uwiądu trumpizmu? Bez wątpienia sama Partia Republikańska wejdzie teraz w okres wewnętrznych rozliczeń. Okazało się, że kombinowanie z granicami okręgów wyborczych (tzw. "gerrymandering"), które miało dać przewagę konserwatystom, przyniosło więcej szkód niż pożytku.

Radykalni kandydaci o niewyparzonych językach, często osobiście namaszczeni przez Trumpa, prowadzili najgorsze kampanie, z przewidywalnym skutkiem. Sam prezydent latał od stanu do stanu i wygłaszał coraz bardziej niespójne, niekiedy absurdalne tezy, czym także specjalnie nie pomagał swojej formacji.

Dlaczego mam bronić trędowatego?

W serialu dokumentalnym "Mr. Scorsese" słynny reżyser opowiada o meandrach własnej kariery w Hollywood. Przywołuje jeden ze swoich pierwszych filmów, niskobudżetowy "Boxcar Bertha" (1972 r.) i przyznaje, iż był to wyjątkowo koszmarny gniot. Klapa artystyczna i kasowa. "Wszyscy się ode mnie odwrócili. Wszyscy przyjaciele, znajomi, ludzie z branży. Tak jakbym był trędowaty" – wspomina Martin Scorsese.

Czy podobny los czeka teraz Donalda Trumpa? Jeszcze przed wtorkowymi wyborami przynajmniej kilku kandydatów republikańskich zaczęło się od niego dystansować. Teraz ten proces może nabrać dynamiki. Nie musi to oznaczać całkowitego zerwania z polityczną agendą prezydenta czy otwartej krytyki jego działań. Może jednak sprawić, że w Kongresie będzie coraz mniej deputowanych, gotowych bronić Trumpa za wszelką cenę. "Po co mam się wychylać, chroniąc własną piersią trędowatego prezydenta?".

A okazji, żeby "się nie wychylać" będzie za chwilę sporo. Nowy Kongres zostanie zaprzysiężony w styczniu przyszłego roku i można się spodziewać, że natychmiast ruszą przesłuchania i śledztwa dotyczące rozmaitych, podejrzanych działań i zachowań członków obecnej administracji czy rodziny prezydenta.

Impeachment Trumpa raczej nie wchodzi w grę (po dwóch poprzednich, nieudanych próbach), ale próba usunięcia z urzędu kilku sekretarzy, owszem.

Jako pierwszy na celowniku znajdzie się zapewne szef Pentagonu Pete Hegseth, potem dyrektor FBI Kash Patel, być może Robert F. Kennedy Jr., kierujący Departamentem Zdrowia. Prędzej czy później zacznie się "czołganie" Jareda Kushnera czy Elona Muska. Biorąc pod uwagę dzisiejszą atmosferę polityczną w Waszyngtonie, nie zdziwiłbym się, gdyby niektórzy republikańscy kongresmeni do owego "czołgania" się przyłączyli.

Dodajmy do tego paraliż czysto urzędniczy: Biały Dom będzie miał ogromne trudności z przepchnięciem przez Senat jakichkolwiek nowych nominacji. Dotyczy to m.in. służby dyplomatycznej. Już teraz na 196 stanowisk ambasadorskich 94 pozostają nieobsadzone. Każda kandydatura zgłoszona przez Trumpa, zwłaszcza gdy będzie to jakiś wpływowy darczyńca, spotka się z blokadą ze strony demokratów. Także tutaj politycy Partii Republikańskiej nie będą raczej wdawać się w tego rodzaju potyczki zbyt ochoczo.

Przygaszona prawica

To bardzo zły prognostyk dla konserwatystów w perspektywie wyborów prezydenckich w 2028 r. Wyborcza machina, jeśli ma być skuteczna, wymaga zaangażowania, energii, poświęcenia, entuzjazmu. Trudno wyobrazić sobie dzisiaj zaangażowanych i pełnych energii republikanów, pracujących wytrwale, od zachodniego do wschodniego wybrzeża, od rana do wieczora, na rzecz wygranej JD Vance’a czy Marco Rubio.

Oczywiście, w ciągu dwóch lat wiele może się zmienić. Niemniej na razie amerykańską prawicę czeka okres wielkiej smuty.

View the original on Wirtualna Polska →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.