NFZ potwierdza ustalenia WP. Radni wchodzili do przychodni poza kolejką

Wirtualna Polska ujawniła w lipcu aferę w miejskiej przychodni w Piasecznie. Lokalni politycy KO omijali kolejki do lekarzy. - Kontrola nie mogła zakończyć się inaczej, jak tylko negatywną oceną i karą - poinformował po kontroli NFZ dziennikarz WP Tomasz Molga.
W lipcu Wirtualna Polska ujawniła aferę w miejskiej przychodni w Piasecznie. Opisaliśmy, jak lokalni politycy Koalicji Obywatelskiej mieli korzystać z nieformalnego dostępu do lekarzy i omijać kolejkę, w której czekali inni zwykli pacjenci. Politycy mieli dzwonić bezpośrednio do kierownictwa, do sekretariatu czy do rejestracji i załatwiać sobie w ten sposób wizyty, recepty, skierowania, a w niektórych przypadkach także pilną pomoc medyczną dla swoich krewnych. Dotarliśmy wtedy do pracowników przychodni, którzy mówili wprost, że czują się, jakby byli prywatną służbą zdrowia lokalnych polityków. Jako dowód mieliśmy konkretne relacje, wiadomości.
Radni jednak zaprzeczali. Nie chcieli przyznać, że wykorzystywali swoje funkcje do uzyskiwania lepszego dostępu do świadczeń. Pani Katarzyna Wypych przyznała, że korzystała z przychodni około 60 razy. Piotr Sędziak i Krzysztof Kasprzycki również potwierdzili kontakty z placówką, ale wszyscy zaprzeczali omijaniu kolejki.
I wtedy pojawiło się najważniejsze pytanie, czy te zarzuty da się jakoś obiektywnie zweryfikować w dokumentacji medycznej? Odpowiedź przyszła po kontroli Narodowego Funduszu Zdrowia. Kontrolerzy przeanalizowali dokumentację świadczeń udzielonych osobom wskazanym w tekście Wirtualnej Polski, sprawdzili PESEL-e i między innymi, kiedy dany pacjent zgłaszał się do przychodni i kiedy faktycznie otrzymywał świadczenie.
Kontrola NFZ i polityczne VIP-y
I tu zaczyna się najważniejsza część całej tej historii. Kontrolerzy szczegółowo przeanalizowali 88 świadczeń w trzech placówkach miejskiej przychodni w Piasecznie. W przypadku ośmiu pacjentów, nazwijmy ich politycznymi VIP-ami, stwierdzili sytuacje, w których termin udzielenia świadczenia nie odpowiadał kolejności zgłoszeń do danego lekarza. Łącznie w 59 przypadkach ktoś został potraktowany priorytetowo względem pozostałych pacjentów. Co to oznacza w praktyce? Polityczny pacjent VIP pojawiał się albo dzwonił do przychodni później, a mimo to dostawał wcześniejszy termin konsultacji z lekarzem niż osoby, które zgłosiły się przed nim. Czasami wyprzedzał w kolejce kilka osób, ale w najbardziej jaskrawych przypadkach było to 12, 20 albo nawet 44 pacjentów. I to już nie jest relacja byłego pracownika przychodni ani słowo przeciwko słowu. To konkretne ustalenia kontrolerów Narodowego Funduszu Zdrowia w oparciu o dokumentację medyczną placówki.
Weźmy pierwszy z opisanych przypadków. Pacjentowi numer 1. udzielono 20 porad. W siedmiu przypadkach NFZ stwierdził krótszy czas oczekiwania niż u innych pacjentów. Sześć z tych sytuacji dotyczyło recept. W jednym przypadku pacjent został zapisany przed 12 osobami, a w innym przed 20. Przychodnia tłumaczyła, że chodziło o zachowanie ciągłości leczenia przewlekłego. Ponieważ pacjentowi kończył się ważny lek, NFZ tego argumentu nie zaakceptował. Kontrolerzy uznali, że sama wizyta receptowa nie była podstawą do zapisania pacjenta poza kolejnością. Nie było według funduszu konieczności zastosowania trybu przyśpieszonego.
Drugi przykład jest jeszcze bardziej wymowny. Pacjentowi numer 2. udzielono 12 porad. W sześciu przypadkach NFZ stwierdza, że oczekiwał on na świadczenie krócej niż inni pacjenci. W jednym przypadku chodziło o wizytę z powodu męczącego kaszlu. Pacjent został zapisany przed dziesięcioma osobami, które zgłosiły się wcześniej do lekarza. Przychodnia tłumaczyła, że była to przewlekła niedoleczona infekcja i wskazywała ona na ryzyko powikłań. Wcześniejszy wywiad laryngologiczny wymuszał ostrożne podejście do tego pacjenta. NFZ tego wyjaśnienia jednak nie uznał. Kontrolerzy zwrócili uwagę, że pacjent był w przychodni jeszcze dwa razy i wtedy nie zgłaszał takich dolegliwości. W ocenie Funduszu jego stan zdrowia nie uzasadniał zastosowania trybu priorytetowego. W innym przypadku ten sam pacjent wyprzedził w kolejce pięć osób, a podczas zapisywania do szczepienia 24 osoby, które zgłosiły się tego samego dnia do lekarza.
I tutaj właśnie pojawia się sedno całej sprawy. NFZ nie zakwestionował tego, że pacjent może potrzebować szybkiej pomocy. Fundusz zakwestionował sposób, w jaki przychodnia decydowała o tym, kto dostaje wcześniejszy termin. Kontrolerzy napisali bowiem wprost, że pacjentom zgłaszającym się wcześniej wyznaczano późniejsze terminy niż radnym albo zapisywano te osoby na odległe terminy za kilka dni. W harmonogramach przyjęć pacjentów, jak ustalił NFZ, brakowało informacji, które uzasadniałyby taką zmianę kolejności. Zdaniem funduszu naruszało to podstawową zasadę równego traktowania pacjentów w dostępie do świadczeń finansowanych ze środków publicznych. I to jest najważniejszy wniosek z tej historii.
24 tys. złotych kary NFZ i co dalej?
W lipcu mieliśmy relację pracowników, wiadomości, konkretne przykłady kontaktów polityków z przychodnią. Dzisiaj mamy już dokumentację Narodowego Funduszu Zdrowia. NFZ nie stwierdził więc po prostu, że ktoś miał pierwszeństwo. Kontrolerzy przeanalizowali dokumentację i wskazali konkretne przypadki, w których kolejność zapisów nie odpowiada kolejności zgłoszeń do lekarza. Kontrola ta nie mogła zakończyć się inaczej, jak tylko negatywną oceną i karą finansową dla placówki. Mam jednak duże wątpliwości, kto właściwie powinien zapłacić te 24 tysiące złotych. Czy rzeczywiście przychodnia, czy ci, którzy naginali zasady?
I jeszcze jedna ważna rzecz, bo w lipcu, kiedy Wirtualna Polska opisała całą tę sprawę, padły bardzo ważne i mocne słowa ze strony polityków Koalicji Obywatelskiej. Premier Donald Tusk zwierzył się dziennikarzom, że czuje coś na kształt mdłości, kiedy słyszy takie doniesienia. A Grzegorz Schetyna zapowiadał z kolei, że jeżeli zarzuty się potwierdzą, to powinny pojawić się twarde konsekwencje. - No więc dzisiaj mamy już wyniki kontroli Narodowego Funduszu Zdrowia. I teraz pytanie już nie jest do samych kontrolerów, ale do polityków i liderów Koalicji Obywatelskiej. W lipcu mówiliście, że jeżeli zarzuty się potwierdzą, to muszą być konsekwencje. Otóż te zarzuty się potwierdziły. Czas więc nie na kolejne deklaracje, ale na decyzję i odpowiedź na bardzo proste pytanie, co zamierzacie z tym zrobić? - pyta retorycznie Tomasz Molga.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.