Przenieśli dzieci do innej szkoły, teraz doszło do niepokojącego incydentu
Nieudany "amerykański sen" Harry'ego i Meghan
Źródło zdj. gł.: PAP/EPA/CON CHRONIS
Siedmioletni Archie i pięcioletnia Lilibet po powrocie ze Stanów Zjednoczonych do Wielkiej Brytanii rozpoczęli naukę w wybranej dużo wcześniej przez Harry'ego i Meghan szkole. Po zaledwie dwóch dniach zostali przeniesieni do innej. Powodem były obawy o bezpieczeństwo rodziny związane z przedłużającym się dojazdem na zajęcia w czasie porannych korków.
Teraz brytyjskie media donoszą o niepokojącej sytuacji, która miała miejsce w nowej szkole, do której dzieci uczęszczają od dwóch tygodni. Uwagę personelu i ochrony zwrócili dwaj młodzi mężczyźni z plecakami chodzący wzdłuż ogrodzenia. Do zdarzenia miało dojść na początku tego tygodnia.
Jeden z mężczyzn został zidentyfikowany później przez policję jako fotograf, który prawdopodobnie pracuje dla znanej europejskiej agencji prasowej - informuje BBC. Według "The Telegraph" podobnie było w przypadku drugiego mężczyzny. Jak relacjonuje dziennik, mieli oni obserwować teren szkoły z różnych punktów - najpierw osobno, a potem razem - i wrócić do białego samochodu. Później furgonetkę zidentyfikowano jako wynajętą z wypożyczalni.
DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ:
Rzecznik Sussexów zabrał głos
Do sprawy odniosła się para książęca. "Takie zachowanie fotografów w pobliżu szkoły jest wyjątkowo lekkomyślne", przekazał mediom ich rzecznik. Przekonywał też, że bez względu na to, jakie zdjęcia chcieli zrobić, "była to nie tylko niedopuszczalna ingerencja w prywatność dzieci, ale także nieodpowiedzialny i nieprzemyślany sposób zachowania".
Podkreślił, że istnieje "ogromna różnica" między uzasadnioną działalnością mediów a "fotografami spacerującymi w pobliżu placówki, zatrzymującymi się, żeby zajrzeć na teren szkoły i monitorującymi dzieci podczas ich dnia zajęć".
Harry i Meghan wciąż oczekują na decyzję dotyczącą tego, czy przysługuje im ochrona policyjna finansowana z pieniędzy podatników.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.