Europa patrzy na polski Trybunał Konstytucyjny. I wyciąga wnioski

W ostatnich dekadach polska prawica nieraz podejmowała działania, które przyciągały uwagę światowej opinii publicznej do naszego kraju. Zwykle osiągano efekt błyskawicznego niszczenia zewnętrznej reputacji kraju. Tak było po 2015 roku, gdy podjęto walkę z haniebnym określeniem "polskie obozy śmierci". Wówczas, zamiast długotrwałej pracy nad uświadamianiem cudzoziemców, co jest nie tak z tym niemądrym historycznie określeniem, wybrano drogę na skróty. Przegłosowano głupią ustawę, która niczego nie rozwiązywała praktycznie. Coś było w tym z politycznego lenistwa i samooszukiwania. Po oczach biło oczywiste unikanie międzynarodowej pracy organicznej nad PR-em. Niechlujny akt ustawodawczy - przez bezmyślność - obraził masę ludzi.
Określenie "polskie obozy śmierci" obiegło glob z szybkością wcześniej nieznaną. W tym czasie organizacja, która w teorii miała promować nasz kraj, wesoło wydawała polskie miliony na kuriozalne przedsięwzięcia. Obecne wtargnięcie prezydenta Karola Nawrockiego do Trybunału Konstytucyjnego wizerunkowo zbliżyło nas do poziomu "republik bananowych".
Polska republiką bananową w oczach świata
Dla zewnętrznych obserwatorów, w tym dla naszych sojuszników z NATO, na ogół nie ma znaczenia, kto miał, a kto nie miał racji. Ważne jest utrzymywanie pewnego poziomu podobieństwa - dla solidarności i gotowości do walki, gdyby nasz kraj był zaatakowany.
Walka o demokrację a walka o republikę bananową - w praktyce to dwie różne sprawy. I nie jest żadnym usprawiedliwieniem, że bananowe standardy promuje obecna administracja USA. Owe "normy", jak historia długa i szeroka, wiodą raczej ku egoizmowi niż chęci pomocy. Wiele można zarzucić demokracjom, ale to one obecnie wspierają finansowo zaatakowaną przez autorytarny reżym Władimira Putina Ukrainę.
Obecna awantura o praworządność w Polsce sprawia, że wielu politykom zagranicznym - od USA do Europy Zachodniej - posłuży do odsuwania naszego kraju od stołów negocjacyjnych. Dyplomaci nie ukrywają, że już spór pomiędzy rządem a prezydentem można było wykorzystywać, aby przy różnych inicjatywach omijać Polskę. Teraz dostarczony został fantastyczny pretekst.
Stare stereotypy na temat naszego kraju - warcholstwo, bezprawie, nieokiełznanie i tym podobne - już odżyły w sieci. Sądzę, że nawet jeśli wiedza na ten temat dotarłaby do naszych decydentów, niczego to nie zmieni. Ich perspektywa pozostaje wąska. Być może adekwatnie wąska w stosunku do poczucia własnej sprawczości w światowej polityce. Cóż, na razie nie pozostaje nic innego niż ciężko westchnąć nad polskimi przywarami. Ostatnio jednak pojawił się nowy element w tej układance.
Na Zachodzie coś nowego
Oto polskie spory są wykorzystywane do walki w polityce wewnętrznej w innych krajach. Czysto instrumentalnie, tym bardziej warto na to zwrócić uwagę. Na przykład we Francji Marine Le Pen, która idzie po władzę, pochwaliła dewastowanie praworządności w Polsce. W istocie chodzi o zarysowanie programu własnej polityki wewnętrznej na wypadek wygranej w 2027 roku. Wówczas, aby zrealizować plan "odzyskiwania suwerenności" kraju, polityczka zamierza lansować ideę prawa narodowego ponad europejskim. Ograniczenia zapewne spróbuje pokonać rozpisaniem referendum. Czy się uda, to inna sprawa, jednak sięganie po polskie przykłady ma pomóc rozwiązać własne problemy.
Czy później wybrałaby do współpracy Warszawę, czy raczej Moskwę, pozostaje sprawą otwartą. Biografia Le Pen wskazuje raczej na obstawianie Rosji. Po drugiej stronie barykady wypowiedział się centrolewicowy kandydat Raphaël Glucksmann. Zwrócił uwagę, że naprawienie sądownictwa po populistach to makabrycznie trudne przedsięwzięcie. My to wiemy. Ci, którzy pierwsi łamali prawo, próby przywracania porządku nazywają łamaniem prawa. Co ważne, Glucksmann również szykuje rodaków na przyszłe wydarzenia.
W tym duchu opisują świat publicyści. W "Europe 1" komentator polityki międzynarodowej ustawił polskie spory przeciwko wszechwładzy Brukseli oraz liberalnych elit. Wedle tego klucza w zasadzie bez sensu jest cała rozmowa o wysokich standardach praworządności.
Ostatecznie, jeśli lud danego kraju chce, może wybrać sobie polityków, którzy mogą opuścić Unię Europejską jak Wielka Brytania. Droga wolna. Można zbiednieć na własne życzenie. Byle nie łamano przy okazji prawa, jak w Polsce w latach 2015-2016. A elity nieliberalne, narodowe czy lewicowe to także elity z dyplomami. Nasi prezydenci, Andrzej Duda i Karol Nawrocki, mają doktoraty. Cały ten antyelitaryzm to zawracanie głowy i zasłona dymna.
Kolejne lekcje z Warszawy
Po drugiej stronie dziennikarskiej barykady komentator radia RTL stwierdza, że wygranie wyborów po nowym populizmie nie wystarcza do odbudowy demokracji. Potem, że walka o instytucje jest jednocześnie walką o interpretację rzeczywistości. Wreszcie, co bodaj najciekawsze, że polski konflikt jest zapowiedzią podobnych starć w innych demokracjach europejskich. I tu pełna zgoda. Zachodnie reakcje na nasz kryzys praworządności uświadamiają nam przebytą w ciągu dekady drogę po wybojach. My te wszystkie argumenty obu stron znamy.
Możemy dodać, że rząd Donalda Tuska powinien był podjąć zdecydowane działania naprawcze w Trybunale Konstytucyjnym w 2023 roku. Ale nie teraz, gdy po drodze jego przeciwnicy wygrali wybory prezydenckie, odzyskując do oporu część legitymacji politycznej (ale nie prawnej).
Zaniechanie polityczne często można zrównać z błędnym działaniem. Obecnie obie strony posługują się tym samym słownikiem. Wszyscy bronią demokracji, prawa, sądownictwa. Mało kto widzi, że zdewastowanie trybunałów konstytucyjnych w Polsce czy gdzie indziej służy politykom wszelkich poglądów. Zdewastowanie czy amputowanie części władzy sądowniczej niejako automatycznie zwiększa władzę wykonawczą. Znika jeden z mechanizmów kontroli partii politycznych. To jeszcze jedna z naszych lekcji dla komentatorów z Zachodu. U nich także się to zjawisko pojawi.
A dla obywateli, cóż - ten poziom demokracji liberalnej wydaje się coraz bardziej i bardziej odległy od ich codziennego życia, aby po prostu go bronili.
Nie sądzę, aby prodemokratycznie nastawieni Polacy, którzy tłumnie bronili instytucji w latach 2015-2023, zrobili to znów z podobnym entuzjazmem. Obym się mylił.
"Polityczny WF": Braun na posiedzeniu u prezydenta? Dylemat przed NawrockimINTERIA.PL
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.