Ślą pisma do szkół. W tle rządowe wytyczne. "Absolutnie dementuje"
- Panikę wywołały wrześniowe wytyczne MSWiA na wypadek ataku z powietrza. Zakładają, że w czasie alarmu uczniowie zostają w miejscu schronienia, a rodzice nie odbierają dzieci. W sieci szybko dorobiono do nich plotki o autokarach wywożących dzieci w nieznane.
- Resorty edukacji i spraw wewnętrznych dementują i doprecyzowują procedurę. To zalecenie, a nie przepis. Nie przewiduje sankcji wobec rodziców i nie ogranicza władzy rodzicielskiej.
- Ograniczenie dotyczy tylko czasu trwania alarmu. Do jego odwołania za bezpieczeństwo dzieci odpowiada szkoła, bo przemieszczanie się po mieście w czasie nalotu jest groźniejsze niż pozostanie w piwnicy. Zaraz potem placówka ma zorganizować odbiór uczniów.
– Nie oddam dziecka – mówi WP Zofia. Do szkoły córki zaniosła oświadczenie, w którym zakazuje jej wywożenia i domaga się wydania dziecka na każde żądanie.
DLA CIEBIE
GAC EMZOOM - poznaj jego możliwości
DLA CIEBIE
Zofia nie jest wyjątkiem. Rodzice skrzykują się w internetowych grupach i przekonują nawzajem, że rząd chce w nielegalny sposób odebrać im dzieci. Okazją ma być alarm ogłoszony w związku z zagrożeniem nalotem.
Wytyczne MSWiA: w czasie alarmu nikt nie odbiera dzieci
Panika zaczęła się po tym, jak 21 września do dyrektorów szkół i przedszkoli trafiły przygotowane przez MSWiA wytyczne na wypadek zagrożenia atakiem z powietrza.
"Twardą zasadą" jest zapis, że podczas alarmu rodzice nie przyjeżdżają po dzieci, nie gromadzą się przed budynkiem i nie blokują dojazdu służbom. Czekają na komunikat placówki o tym, gdzie i jak odebrać dzieci po odwołaniu alarmu. W trakcie alarmu dostają tylko niezbędne informacje.
Po ogłoszeniu alarmu zasadą jest pozostanie w budynku szkoły lub przedszkola, najczęściej w piwnicy. Uczniowie nie mogą samowolnie opuścić miejsca schronienia ani być przeprowadzani przez otwartą przestrzeń, bo naraziłoby ich to na jeszcze większe niebezpieczeństwo. Wyjątkiem jest sytuacja, w której budynek sam zagraża życiu lub zdrowiu, a służby polecą go opuścić i wskażą bezpieczną drogę do innego schronienia.
MSWiA przygotowało procedurę jako "wzorcową". Każda placówka ma dostosować ją do własnego budynku, jego lokalizacji, liczby uczniów i pracowników.
Na grupach dla rodziców szybko pojawiły się interpretacje, że wytyczne ograniczają prawa rodzicielskie i pozwolą zatrzymywać dzieci w szkołach bez zgody opiekunów. W sieci zaczęły też krążyć plotki, że dzieci mogą być przewożone do nieznanych "bezpiecznych miejsc".
Nic takiego nie ma w ministerialnych wytycznych. Mimo to wielu rodziców uwierzyło, że w sytuacji kryzysowej ich dzieci mogą zostać wywiezione wbrew ich woli, nawet na drugi koniec Polski. Dlatego do szkół zaczęły trafiać pisemne protesty i oświadczenia. Gotowe wzory rodzice pobierają z internetu i zanoszą dyrektorom.
Jedna z obaw rodziców jest prawdą: w czasie alarmu rzeczywiście nie odbiorą dziecka ze szkoły. Ale tylko do jego odwołania.
Ta historia krąży od dawna". Dyrektorka z Zamościa o plotkach
O tym, jak szybko rodzą się takie plotki, przekonała się Dorota Szewczyk, dyrektorka Miejskiego Przedszkola nr 12 w Zamościu. Gdy na stronie przedszkola i w mediach społecznościowych poinformowała o nowych zasadach, spadła na nią fala krytyki. Była tak duża, że przedszkole ostatecznie usunęło komunikat.
– Ludzie w tym momencie składają sobie takie strzępy takich czasami bzdurnych informacji, że jak dzieci są zamknięte, to podjedzie ten nieszczęsny autokar, o którym krążą jakieś nieprawdopodobne informacje i zabierze dzieci w nieznane. Ta historia już krąży od bardzo dawna – mówiła WP w ubiegłym tygodniu dyrektorka.
MEN: "Absolutnie dementuję!"
Panika części rodziców jest już na tyle duża, że zauważono ją zarówno w Ministerstwie Edukacji Narodowej, jak i w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji.
– Tak, mamy takie sygnały, że rodzice wysyłają do szkół takie oświadczenia – mówi w rozmowie z WP Ewelina Gorczyca, rzeczniczka prasowa MEN. – Pytają też o to dziennikarze. Temat zaczął żyć swoim życiem, ale wynika on z jakiegoś wielkiego niezrozumienia tego. Absolutnie dementuję! Nie będzie żadnego wywożenia uczniów gdziekolwiek. My chcemy dzieciom i młodzieży zapewnić bezpieczeństwo, a w sytuacji np. nalotu autobus, w którym uczniowie jechaliby do innego miejsca schronienia, byłby dla nich miejscem skrajnie niebezpiecznym – dodaje.
Rzeczniczka minister edukacji Barbary Nowackiej tłumaczy, że pytań od rodziców, dyrektorów szkół i dziennikarzy było w ostatnich dniach tyle, że MEN wspólnie z MSWiA doprecyzowało wytyczne. Chodziło o to, by uspokoić rodziców przekonanych, że ich dzieci mogą zostać dokądkolwiek wywiezione bez ich zgody.
"Przekazana do szkół i przedszkoli procedura jest wzorcem organizacyjnym. Dyrektor dostosowuje ją do budynku i warunków placówki, a następnie wprowadza jako wewnętrzną regulację. Nie jest ona źródłem powszechnie obowiązującego prawa i nie przewiduje sankcji wobec rodziców" – czytamy w doprecyzowanej procedurze.
"Procedura jest zatem zaleceniem i informacją dla rodziców, a nie zakazem" – zapewniają oba resorty.
Gorczyca zapewnia, że gdy dzieci trafią wraz z klasą do miejsca schronienia, rodzice dostaną zbiorczy komunikat o tym, gdzie się znajdują. Co najważniejsze, rodzic, który zignoruje zagrożenie i mimo wszystko przyjedzie pod szkołę, by być z dzieckiem, zostanie do niej wpuszczony.
– Taki rodzic będzie miał prawo wejść do miejsca schronienia i przebywać tam wraz ze swoim dzieckiem. Oboje jednak zostaną wypuszczeni ze szkoły dopiero po tym, jak zagrożenie ustanie i alarm zostanie odwołany – tłumaczy w rozmowie z WP Gorczyca.
– Zasada dotyczy wyłącznie czasu trwania alarmu. Po jego odwołaniu placówka sprawdza drogę wyjścia i niezwłocznie organizuje odbiór dzieci, informując rodziców o miejscu i sposobie odbioru – zapewnia rzeczniczka MEN. Dodaje, że ministerstwo rozumie obawy rodziców, a procedura nie ogranicza ani nie odbiera im władzy rodzicielskiej ani praw gwarantowanych przez Konstytucję.
MEN podkreśla, że procedura nie ogranicza praw rodzicielskich, które każdemu deklaruje Konstytucja.
Dlaczego w czasie alarmu dziecko zostaje w szkole
Resorty przypominają, co oznacza alarm o zagrożeniu z powietrza. Przemieszczanie się wtedy po mieście jest niebezpieczne, utrudnia działania służb i zwiększa ryzyko dla samych dzieci. Dlatego uczniowie mają zostać w miejscu schronienia do odwołania alarmu. Rodzic może zresztą w ogóle nie dotrzeć do placówki, bo po drodze zawrócą go służby. Miejsce schronienia może też znajdować się poza szkołą, np. w pobliskiej budowli ochronnej, więc rodzic, który przyjedzie pod budynek, może nie zastać tam dziecka.
– Przekazanie dziecka podczas alarmu oznacza wyprowadzenie go z miejsca schronienia na otwartą przestrzeń albo do pojazdu w chwili największego zagrożenia. Procedura wprost wskazuje, że pojazd nie jest miejscem schronienia. Wydawanie dzieci w trakcie alarmu odciąga personel od opieki nad pozostałymi dziećmi i od sprawdzania obecności, co zwiększa ryzyko, że ktoś zostanie pominięty – mówi WP Karolina Gałecka, rzeczniczka prasowa MSWiA.
"Nikt nie będzie waszych dzieci nigdzie wywoził"
Gałecka przypomina, skąd w ogóle wzięły się wytyczne.
– Wytyczne dla dyrektorów szkół przygotowaliśmy po to, by uniknąć chaosu przy ewakuacji. Kilka tygodni temu część szkół na wschodzie Polski trzeba było po raz pierwszy ewakuować i choć w 80 proc. przypadków cała operacja była sprawna, to w pozostałych szkołach zdarzały się sytuacje niepotrzebne – mówi. [Dopytać, co konkretnie się działo.]
– Stąd nasze wytyczne, które pewne sprawy mają usystematyzować. Ale to są zalecenia, a nie jakiekolwiek obowiązujące prawo. Nie odbieramy rodzicom prawa do decydowania o dzieciach. Chcemy dbać o ich bezpieczeństwo w sytuacji, w której rodzic tego nie może zrobić sam – tłumaczy rzeczniczka MSWiA.
Gałecka zwraca uwagę, że w razie ataku z powietrza wielu rodziców po prostu nie zdąży dojechać do szkoły. Dlatego to placówka musi zabezpieczyć dzieci na miejscu, dopóki zagrożenie nie minie.
– Apelujemy do rodziców o rozwagę i rozsądek. Wiemy, że kochacie swoje dzieci, ale nie ulegajmy dezinformacji. Nikt nie będzie waszych dzieci nigdzie wywoził – mówi Gałecka.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.