Byliśmy we Lwowie. Oto co Ukraińcy mówią o UPA i Wołyniu
- Rok UPA i Szuchewycza oburzył Polskę, a we Lwowie Wirtualna Polska usłyszała przede wszystkim zdziwienie. "Nie rozumiem, w jaki sposób decyzja lwowskich radnych wpływa konkretnie na Polaków" – mówi WP 27-letnia Olesia.
- Dla większości rozmówców Bandera i Szuchewycz to bohaterowie, a o zbrodniach na Polakach mówią niechętnie. "To były symetryczne działania w odpowiedzi na to, co działo się również ze strony Polski" – przekonuje 41-letni Wołodymyr.
- Nawet zwolennicy UPA przyznają, że uchwała przyszła nie w porę. "Nie czas na to, nie teraz, nie w tym roku. To niepotrzebne rozpalanie wrogości między dwoma narodami" – mówi Ljubow. Zaraz jednak dodaje, że Szuchewycz i Bandera to bohaterowie Ukrainy.
"W pień wycinać. Czysto polskie wsie palić, wsie mieszane – tylko polską ludność niszczyć" – te słowa Romana Szuchewycza, głównodowodzącego UPA, z rozkazu do podległych sobie dowódców przytoczył niedawno polski Instytut Pamięci Narodowej. Polscy historycy wskazują Szuchewycza jako jednego z odpowiedzialnych za ludobójstwo dokonane przez ukraińskich nacjonalistów na Polakach na Wołyniu.
A 20 października Lwowska Rada Obwodowa – odpowiednik naszego sejmiku wojewódzkiego – ogłosiła rok 2027 rokiem UPA, Romana Szuchewycza oraz Ołeha Olżycza, jednego z przywódców OUN. Po fali krytyki z Polski uchwała jeszcze tego samego wieczoru zniknęła ze strony rady. Kijów się od niej zdystansował: zastępczyni szefa Biura Prezydenta Ukrainy Iryna Wereszczuk zaapelowała do lwowskich radnych, by nie podejmowali decyzji szkodzących relacjom z Polską – "jednym z kluczowych sojuszników w wojnie z Rosją". Wiceszef polskiego MSZ Marcin Bosacki przekazał, że ludzie prezydenta Zełenskiego zapewnili stronę polską, że uchwała nie wejdzie w życie.
– No, Bandera i Szuchewycz dla nas są bohaterami – dziwi się pytaniu o rok UPA Natalia, handlująca ciuchami na Krakowskim Rynku w centrum Lwowa. Dodaje, że to nie jest dobry czas na dyskusje historyczne i spory z sąsiadami.
– Kiedy leci dron odrzutowy i ty go słyszysz, i masz dzieci, które siedzą w piwnicy czy w korytarzu, i masz takie poczucie, że zaraz spadnie, a ty musisz obronić swoje dziecko, to Szuchewycz i cała reszta się przy tym chowają – dodaje.
Tragedię wojny we Lwowie najbardziej widać na Polu Marsowym koło zabytkowego Cmentarza Łyczakowskiego. Wzdłuż północnego ogrodzenia cmentarnego pochowano tu już co najmniej tysiąc żołnierzy poległych w wojnie obronnej Ukrainy przed Rosją. Na każdym nagrobku jest zdjęcie żołnierza, a także maszt nagrobny z żółto-niebieską flagą państwową. Na wielu mogiłach łopoczą też flagi czerwono-czarne.
Barwy te istniały wprawdzie w kulturze ukraińskiej na długo przed tym, zanim stały się symbolem politycznym, ale znane są przede wszystkim od 1941 r. jako znak frakcji banderowskiej Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN-B). Dla ukraińskich żołnierzy to dziś symbol tradycji niepodległościowych i walki z Rosją – wtedy i teraz. Dla nas to symbol ludobójstwa na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943–1945.
Pierwszy alarm o 4:37
Wojnę we Lwowie można też poczuć, kiedy wyją syreny. Pierwsza zrywa mnie z łóżka o 4:37 nad ranem. Najpierw słyszę przeraźliwy dźwięk aplikacji, którą zainstalowałem w telefonie za radą hotelowej recepcji. Po około minucie rozbrzmiewa też właściwa syrena alarmowa na ulicy.
"Uwaha! Hromadiany, powitriana trywoha" – przejmujący męski głos z megafonu ostrzega obywateli o alarmie przeciwlotniczym i nawołuje do udania się do schronu lub innego bezpiecznego miejsca.
W aplikacji oglądam latającego wokół miasta odrzutowego Szaheda. Po 17 minutach kolejna syrena oraz przyjemny kobiecy głos ogłaszają zakończenie alarmu i przypominają o zasadach bezpieczeństwa.
Olesia: "Jak to się łączy z waszym życiem?"
Tego poranka sytuacja powtarza się jeszcze cztery razy. Ostatni raz alarm zastaje mnie już na zewnątrz. Rozmawiam z 27-letnią Olesią, która jest na spacerze z kilkutygodniowym synem śpiącym w wózku. Młoda mama jest wyraźnie zdziwiona, kiedy mówię o reakcji Polski: zakazie wjazdu dla inicjatora uchwały, radnego Światosława Szeremety i zapowiedzi zrywania współpracy ze Lwowem i obwodem lwowskim przez polskie samorządy. Taką decyzję podjął w poniedziałek Sejmik Województwa Lubelskiego.
– Ale nie rozumiem, w jaki sposób decyzja lwowskich radnych wpływa konkretnie na Polaków? Jak to się łączy z waszym życiem? Czy to was do czegoś zmusza, czy to jest po prostu uraza? – pyta.
Młoda kobieta jest zwolenniczką wstąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej. Mówię jej, że przez takie decyzje lwowskich radnych polscy politycy będą jeszcze głośniej przekonywać, że Ukraina nie może wejść do Unii, skoro gloryfikuje zbrodniarzy.
– Nie rozumiem, jak historia Ukrainy wiąże się z niechęcią Polski do przyjęcia Ukrainy do Unii Europejskiej – odpowiada Olesia. – Może to tak samo jak wielu Europejczyków nie rozumie, dlaczego uważamy Rosję za agresora. Pewnie dlatego, że w tym nie żyją. Tak samo ja, nie mieszkając w Polsce, nie rozumiem tych wszystkich powiązań z UPA i na przykład nie wiedziałam o żalu Polaków o UPA czy o Szuchewyczu. Nie wyczuwam tej różnicy – przyznaje.
Larysa: "Wyjaśnimy sobie później"
Alarm jeszcze się nie skończył, a w parku spotykam parę emerytów. Po wybuchu wojny przeprowadzili się do Lwowa z przyfrontowych Sum. Mówią, że do syren tutaj już przywykli. W ich rodzinnym mieście jest znacznie gorzej.
– Wie pan, skoro już była taka sytuacja, to myślę, że nie trzeba było tego teraz poruszać – uważa Larysa, mówiąc o uchwale lwowskich radnych. – Uważam po prostu, że może nie w porę było to robić. Ale to, że my mamy swoją historię i szanujemy tych ludzi, to prawda. Dla nas są bohaterami – dodaje stanowczo.
Larysa rozumie jednak, że dla Ukraińców to podtrzymywanie "ducha patriotyzmu" w piątym roku wojny.
– Wydaje mi się, że trzeba to wszystko zostawić historii – co było, to było. A o co mamy się teraz dzielić? Ludzie ginęli zarówno po waszej, jak i po naszej stronie. Uważam, że nie trzeba tego rozgrzebywać, tylko jakoś zjednoczyć się teraz i kontynuować walkę z obecnym wrogiem. A tamto, jak Bóg da, wyjaśnimy sobie później, bo sytuacje były straszne, również i na naszym terytorium – dodaje.
Krystyna: "Każdy naród ma prawo do własnego zdania"
36-letnia Krystyna broni decyzji lwowskich samorządowców.
– To są nasi narodowi bohaterowie, którzy walczyli o niepodległość Ukrainy. I to w porządku, żeby pamiętać o takich ludziach, ustanawiać ich rok – komentuje.
Kobieta ma świadomość, że dla Polaków Szuchewycz i Bandera nie są bohaterami. Przekonuje jednak, że każdy naród ma prawo do swoich przekonań.
– My przecież nie mamy nic przeciwko bohaterom Polski. Nic do tego nie mamy. Tak jak powiedziałam wcześniej: każdy naród ma prawo do własnego zdania. O ile nie koliduje to z możliwościami innych, nie odbiera im możliwości – tak jak na przykład Rosja odbiera teraz możliwości Ukrainie – mówi Krystyna.
50-letni Taras jest podobnego zdania. Mężczyzna rozumie, że Polakom uchwała się nie spodobała, ale jego zdaniem każde państwo decyduje o sobie.
– To, co Ukraina robi, robi u siebie w państwie. Nie jedzie do Polski i nie poucza w Polsce, co wy macie tam u siebie robić. Rozumie pan? Jest Ukraina, ma swoje terytorium, Ukraina ma swoje własne sprawy. Tak uważam – dodaje Taras.
Iwan: "Polaków to nie dotyczy"
Dla 21-letniego Iwana żołnierze UPA oraz sam Roman Szuchewycz to bohaterowie.
– Uważam, że to nasza historia i we własnym kraju możemy robić w tej kwestii cokolwiek nam się podoba. Uznawać bohaterów, jakich uważamy za stosownych, i ustanawiać rok na cześć tego, kogo chcemy – komentuje Iwan.
Dodaje, że jest w stanie zrozumieć oburzenie Polaków, ale to nie zmienia jego oceny. – Mimo wszystko to jest nasza decyzja. Myślę, że Polaków to nie dotyczy – uważa.
27-letni Nazar przekonuje, że chciałby, aby Polska i Ukraina zjednoczyły się w obliczu wspólnego wroga – czyli Rosji. Ale nie bardzo rozumie oburzenie Polaków na decyzję Lwowskiej Rady Obwodowej. Kiedy pytam, czy wie, że Szuchewycz kazał mordować Polaków, nerwowo się uśmiecha.
– No wie pan, różnie bywało między nami, jak między sąsiadami. Być może leży w tym gdzieś nasza wina, i wina Polski. No, walczono, to prawda, ale powtarzam: musimy być teraz jednością, musimy się jednoczyć – dodaje Nazar, student Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki.
Dla Wołodymyra Polacy to "druzi"
W piątkowe popołudnie u stóp pomnika narodowego ukraińskiego wieszcza Iwana Franki tłoczy się grupa młodzieży. Na małej scenie dwaj piosenkarze. Jeden z nich wykonuje jakiś romantyczny utwór, do którego kołysze się młoda dziewczyna trzymająca ukraińską flagę. Obok człowiek przebrany za majonez ukraińskiej marki sponsorującej wydarzenie.
Stojącego w oddali z rowerem Wołodymyra pytam, czy to jacyś ukraińscy celebryci. Wyjaśnia, że to nagrania do znanego w Ukrainie programu rozrywkowo-charytatywnego "Karaoke na Majdanie".
Kiedy pytam o Polaków, od razu używa słowa druzi, czyli przyjaciele. Ale w kwestii historycznej zgadza się ze stanowiskiem radnych.
– Myślę, że Ukraińcy mają prawo decydować, jakich bohaterów czcić. A nasi dobrzy przyjaciele Polacy, sąsiedzi, którzy pomagają nam walczyć, powinni trochę mniej przejmować się naszymi sprawami – w szczególności politycznymi i jakimiś narodowymi upamiętnieniami – a więcej myśleć o tym, że mamy mimo wszystko wspólnego wroga – mówi Wołodymyr.
Dla niego samego UPA, Bandera i Szuchewycz to ważne postaci.
– Oni walczyli o niepodległą Ukrainę. O to, co teraz mamy i co chcemy zachować – przekonuje.
Wołodymyr: "Słyszałem o jakiejś współpracy"
Dopytuję, czy wie, że Szuchewycz odpowiada za mordy na Polakach i że honorowanie go jest dla nas bardzo bolesne.
– Słyszałem o jakiejś współpracy, ale szczegółów nie znam. Bandera nie współpracował z Niemcami, a być może Szuchewycz miał jakąś współpracę, ale jaką dokładnie – nie wiem – mówi 41-latek.
Zwracam uwagę, że Szuchewycz wydawał rozkazy, żeby pacyfikować wsie, wysiedlać je, mordować Polaków.
– To były symetryczne działania w odpowiedzi na to, co działo się również ze strony Polski. To znaczy to jest naprawdę bardzo smutna część naszej wspólnej historii i jak to tam było, że musimy jednać się ze sobą i mimo wszystko wybaczać sobie nawzajem – przekonuje.
Przypominam mu, że od uchwały zdystansował się nawet Kijów.
– Być może to zbyt ostry temat, który może należało odłożyć, ale z drugiej strony opozycyjne partie polityczne w Polsce bardzo tę kwestię zaogniają. Zwykli, szeregowi Polacy nawet nie zwróciliby uwagi, gdyby nie polityka. I znowuż gramy na rękę Kremlowi takimi kłótniami – bo jeśli Ukraina upadnie, to czy Polska się ostoi, gdy ta nawałnica pójdzie dalej? Tylko razem nie wolno się kłócić – podkreśla Wołodymyr.
Ustalenia historyków przeczą jednak tej symetrii. W rzezi wołyńskiej i w Małopolsce Wschodniej z rąk ukraińskich nacjonalistów zginęło ok. 100 tys. Polaków, w większości cywilów – kobiet, dzieci i starców. Ofiar polskich akcji odwetowych było według szacunków od kilku do kilkunastu tysięcy.
Irena: "Ja do polityki się nie pcham"
Przed II wojną światową we Lwowie Polacy stanowili większość mieszkańców. Jeszcze w październiku 1944 r. ludność polska stanowiła 66 proc. Stalin zdecydował jednak, że polski Lwów z dnia na dzień stanie się radziecki, co przypieczętowała konferencja w Jałcie. Z miasta wysiedlono większość Polaków, co było poprzedzone licznymi aresztowaniami i represjami.
Kiedy powojenny Lwów stawał się częścią Związku Radzieckiego, Irena miała trzy lata. W piątkowe popołudnie spotykam ją w parku im. Iwana Franki. Gdy próbuję zagadać swoim łamanym ukraińskim, od razu się uśmiecha i odpowiada po polsku. Mówi, że jest Polką i ma rodzinę w Stalowej Woli, ale już tam nie jeździ ze względu na wiek.
– Starsi, tacy jak ja, poumierali. A młodzież mówi, że przyjechała ciotka ruska. I już nie jeżdżę – śmieje się seniorka.
Kiedy pytam, jak jej się żyje we Lwowie, chce uciec od tematu. Narzeka na drożyznę z powodu wojny i niską emeryturę – 8 tys. hrywien (niecałe 700 zł).
– Dobrze nie mogę powiedzieć, a źle też nie mogę. Pan wie, pan rozumie, na co mnie te nieprzyjemności – mówi Irena. – Moja polityka to jest kuchnia i rodzina. Ja do polityki się nie pcham.
Seniorka nie chce też wskazywać, kto ma rację w polsko-ukraińskim sporze o historię. Przekonuje, że ona dogaduje się ze wszystkimi. Przytacza jedynie stare powiedzonko swojej mamy.
– Ukraińcy do sraki, Polacy do dupy, na tamtym świecie zejdą się do kupy – śmieje się Irena.
Ihor: "Nie warto było"
34-letni Ihor długo zastanawia się nad odpowiedzią na pytanie, czy Bandera i Szuchewycz to dla niego bohaterowie.
– To nie takie proste, bo proszę spojrzeć: nie znam szczegółowej, dokładnej historii. Jeśli chodzi, powiedzmy, personalnie o ten region – jeśli oni walczyli o zachodnią Ukrainę, o Lwów, o Tarnopol, skąd pochodzę, jeśli walczyli przeciwko Armii Czerwonej, to dla nas osobiście jest to dobra rzecz – mówi Ihor.
Przekonuje jednak, że decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej nie została podjęta w dobrym momencie.
– Kiedy pojawią się bardziej umiarkowane rządy, bardziej umiarkowani ludzie, którzy będą potrafili rozwiązać to między sobą w sposób bardziej pokojowy – wtedy w porządku. Teraz w Europie panują nastroje prawicowe, w Polsce nastroje prawicowe, a to jest w tej chwili jak dolewanie oliwy do ognia. Nie warto było, takie jest moje zdanie – dodaje Ihor.
Ljubow nie chce rozmawiać o tym, czy ucierpieli Polacy
Wjeżdżając do Lwowa od strony Przemyśla, mijamy plac Kropywnyckiego, w którego głębi stoi okazały pomnik Stepana Bandery. Okolice monumentu tętnią życiem: to miejsce spotkań młodzieży jeżdżącej na rolkach i hulajnogach, a także maluchów na placu zabaw. Co chwilę można też zobaczyć zwykłych ludzi przychodzących zrobić sobie selfie z narodowym bohaterem.
– No, gdyby nie było Stepana Bandery i takich jak on, nie byłoby teraz Ukrainy – stanowczo stwierdza Ljubow. – Ukraina byłaby w składzie albo Polski, albo Rosji. A tak Ukraina jest niepodległa.
Dla kobiety również Roman Szuchewycz to ważna postać. Wskazuje, że w odróżnieniu od więzionego Bandery, Szuchewycz stanął na czele walki zbrojnej. Kiedy dopytuję o to, co konkretnie robił on sam albo jego ludzie, kobieta się irytuje.
– Chce pan, żebym panu powiedziała, czy ucierpieli Polacy. No, nie będziemy teraz rozmawiać na ten temat. Nie znam na tyle dobrze języka polskiego, a pan nie przetłumaczy na tyle dokładnie moich słów. Poza tym, szczerze mówiąc, nie przygotowywałam się do wypowiedzi na ten temat – ucina kobieta.
Ljubow wskazuje na pomnik Bandery i podkreśla, że każdy, kto przyjeżdża do Lwowa, musi rozumieć, że to ich bohater.
– I to, co kiedyś powiedział – że przyjdzie czas, gdy on zawoła: "Sława Ukrajini!", a miliony odpowiedzą: "Herojam sława!" – to jest prawda i tak właśnie będzie. I tak będą mówić i moje dzieci, i moje wnuki. Ale to wcale nie oznacza, że będziemy nienawidzić Polaków dlatego, że kiedyś tam moją babcię w jakiś sposób uciskano. Ani wy nie powinniście nienawidzić Ukraińców dlatego, że pięćdziesiąt, siedemdziesiąt, a za chwilę sto lat temu ktoś kogoś zabił. To jest historia – uczymy się jej, znamy ją, ale życie na kościach i wzajemna nienawiść są moim zdaniem niewłaściwe – uważa Ljubow.
Według niej sama uchwała nie była potrzebna. – Nie czas na to, nie teraz, nie w tym roku. To niepotrzebne rozpalanie wrogości między dwoma narodami, zupełnie zbędne. Mimo to i Szuchewycz, i Bandera to bohaterowie Ukrainy – zaznacza.
Przewodniczka pyta, co Polakom robili Szuchewycz i Bandera
Pomnik Bandery to także stały punkt wycieczek szkolnych. Dla grupy młodszych nastolatków, która dociera tu w piątek późnym popołudniem, to już najwyraźniej ostatni punkt oprowadzania po Lwowie, bo młodzież jest bardzo znudzona. Przewodniczka mimo to próbuje im coś przekazać o Banderze.
– Stepan Bandera to niezwykle, bardzo szanowana i wielka postać tutaj u nas, na zachodzie, ponieważ praktycznie całe swoje życie poświęcił walce o wolność Ukrainy. On organizował Organizację Ukraińskich Nacjonalistów, walczył o niepodległość Ukrainy. Całe swoje życie poświęcił tej walce – mówi kobieta, a dzieciaki za jej plecami podskakują i wygłupiają się.
Po kilku zdaniach kobieta daje za wygraną i zniecierpliwiona pyta nauczycielki, czy kierowca autokaru jeszcze nie dzwonił.
Wizyta przed pomnikiem Bandery trwa może ze cztery minuty, po czym wszyscy odchodzą. Pytam jeszcze przewodniczkę, czy opowiada też dzieciom o tym, co Szuchewycz i Bandera robili Polakom. Kobieta najpierw się dziwi:
– No a co robili? Oni nic takiego nie zrobili – odpowiada.
Kiedy zwracam uwagę, że UPA mordowała Polaków, kobieta mówi o znanym zamachu zorganizowanym w 1934 r. na polskiego ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego.
– No ale też to, że Polacy bardzo tutaj ograniczali nasze ukraińskie prawa, zamykano ukraińskie szkoły, uniwersytety, wszystko. I w sprzeciwie wobec tego oni zabili tego polskiego ministra – tłumaczy przewodniczka.
Tadeusz: "Oni nie są w stanie tego zrozumieć"
O to, dlaczego Ukraińcy na zachodzie kraju tak niechętnie przyznają się do prawdy historycznej o rzezi wołyńskiej, pytam Tadeusza Sawczuka, rodowitego lwowianina, polskiego przewodnika po Cmentarzu Łyczakowskim, na którym obok grobu Iwana Franki i symbolicznego grobu Romana Szuchewycza są pochowane m.in. Maria Konopnicka czy Gabriela Zapolska. Przewodnik uważa, że Ukraińcy nie umieją zrozumieć, dlaczego Polacy mają takie stanowcze podejście.
– Nie, oni nie są w stanie tego zrozumieć, bo im to nakładają, że oni walczyli, a w ogóle oni nie walczyli, a mordowali cywilnych ludzi. Z wojskiem oni nie walczyli – kwituje Tadeusz Sawczuk.
Tuż za ogrodzeniem cmentarza, po którym oprowadza Tadeusz, na Polu Marsowym przybywa grobów żołnierzy poległych w wojnie z Rosją. Nad wieloma z nich obok żółto-niebieskich flag łopoczą czerwono-czarne. Dla ich bliskich to symbol walki o niepodległość. Dla Polaków – pamięć o ofiarach rzezi wołyńskiej. Dopóki te dwie opowieści się nie spotkają, spór o Szuchewycza będzie wracał.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.