Piszę, bo pamiętam. Polemika z Przemysławem Szubartowiczem

Piszę, bo pamiętam cwaniacki wybór zapasowych sędziów TK przez koalicję PO-PSL.
Piszę, bo pamiętam, jak rząd Beaty Szydło odmówił drukowania wyroków Trybunału.
Piszę, bo pamiętam, że to niedrukowanie było dla ówczesnej opozycji ostatecznym i niepodważalnym dowodem na upadek polskiej demokracji i zamordyzm PiS-u.
Ale piszę też, bo pamiętam, że PiS władzę grzecznie oddał.
Piszę, bo teraz widzę, jak ci, co jeszcze wczoraj twierdzili, że demokracja umarła z powodu niedrukowania wyroków TK, teraz mówią, że niedrukowanie wyroków TK żadnym dowodem na śmierć demokracji nie jest.
Piszę wreszcie, bo widzę, że ten rząd daje sobie totalne przyzwolenie na stosowanie prawa tak, jak oni je rozumieją. Perwersyjnie jeszcze nazywając samych siebie "stroną demokratyczną".
Postępowanie władzy jest tu mocno niekoherentne. Raz (w sprawie roli prezydenta w zaprzysięganiu sędziów) rząd powołuje się z ochotą na Komisję Wenecką. Ale innym razem ignoruje jej werdykt - tak jak było w sprawie konieczności publikacji wyroków TK. O czym przypomina choćby Piotr Zaremba, otwiera się w nowym oknie.
Rząd przekracza swój mandat. Z dwóch powodów
Problem jest jednak o wiele głębszy. W sporze o instytucje państwa nie ma racji obiektywnych, bo ich być nie może.
Jest za to racja polityczna. Racja polityczna w demokracji polega zaś na tym, że idzie się w kierunku, którego chcą obywatele (a przynajmniej większość z nich). A nie idzie się tam, dokąd obywatele iść się nie godzą. A przynajmniej większość z nich.
Moja teza jest w związku z tym banalnie prosta. Może nawet prostacka. Uważam, że to, co robi obecny rząd, przekracza mandat, który Tusk, Kosiniak, Hołownia i Czarzasty zdobyli jesienią 2023 roku. Dlaczego uważam, że przekraczają? Z dwóch powodów.
Po pierwsze, bo w wyniku głosowania z 15 października 2023 roku nie zdobyli większości potrzebnej do obchodzenia prezydenta w rządzeniu państwem. Nie mogąc odrzucić jego weta, albo zmienić konstytucję ograniczając rolę głowy państwa do pilnowania żyrandola.
Po drugie, bo w ciągu pierwszych kilkunastu miesięcy swoich rządów (od 13 grudnia 2023 do 1 czerwca 2025) nie zdołali przekonać większości Polaków do tego, by im klucze do Pałacu Prezydenckiego oddali. Ludzie nie tego nie zrobili. A przynajmniej większość z nich. A prezydent nie nazywa się Rafał Trzaskowski ani tym bardziej Donald Tusk czy Włodzimierz Czarzasty. Prezydent nazywa się Nawrocki. Karol Nawrocki.
I właśnie on wygrał wybory z 2025 roku. I to nie byle jakie wybory. Tylko wybory, których tematem i precyzyjnie zdefiniowaną stawką było to, czy Polacy chcą dać Tuskowi i jego uśmiechniętej ekipie pełnie władzy? Czy też nie chcą pragnąc, by ktoś go jednak kontrolował.
To jest właśnie mój główny zarzut do "uśmiechniętych". Nie to, że kłamią, obsadzają, zawłaszczają i nie dowożą. Bo to można zarzucić każdej ekipie w każdych czasach. Zarzut jest taki, że oni nie szanują wyboru Polaków z roku 2025. Udają, że tego nie było.
Teraz trikami, kręconymi nagonkami na prezydenta, a czasem i nagą siłą próbują ten werdykt Polaków obejść. Zarządzenia marszałka, fikcyjne likwidacje albo uchwały przyjmowane tam, gdzie powinna być ustawa. Pożyczka SAFE wzięta pomimo weta głowy państwa. Ignorowanie orzeczeń TK. Zaprzysiężenie "wobec prezydenta" bez prezydenta. Itd. Czy naprawdę muszę wymieniać dalej?
Przemysław Szubartowicz na łamach Interii przekonuje, że wprawdzie jest źle, ale to "tamci zaczęli", otwiera się w nowym oknie. Ma do tego prawo. Ale ja mam też prawo mu odpowiedzieć. I odpowiem na dwa sposoby.
Nie da się porównywać partii rządzących? A jednak
Po pierwsze, rządy Zjednoczonej Prawicy z lat 2015-2023 różniły się od stanu obecnego tym, że PiS miał dalece silniejszy mandat do fundamentalnych zmian. W wyborach 2015, 2019 i 2020 Polacy uznali, że dają tej sile politycznej i rząd i prezydenta. Czyli coś, czego obecna władza nigdy od suwerena nie dostała. Paradoksalne jest oczywiście to, że wobec powszechnego rwetesu o rzekomym niszczeniu demokracji PiS nie szedł na całość. Nigdy.
Wszystko odbywało się o oczko niżej. Główna siła opozycyjna miała wówczas marszałków obu izb, pieniądze z budżetu płynęły do nich bez większych przeszkód, a żaden z parlamentarzystów nie musiał ubiegać się o azyl polityczny zagranicą.
Ośmielę się przypomnieć, że po roku 2023 tak to właśnie wygląda. I błagam, bądźmy poważni i nie zaczynajmy jałowego sporu, że "tego się nie da porównywać". Bo porównywać można wszystko. A jak ktoś mówi, że nie można, to zazwyczaj znaczy tyle, że on porównywać nie chce.
Po drugie, nie zgadzam się z argumentem Szubartowicza, otwiera się w nowym oknie, że poprzednia władza utraciła moralne prawo do tego, by protestować wobec dzisiejszego deptania demokracji. Bo cóż to ma być za tajemnicze moralne prawo? Kto ma określać komu wolno, a komu nie? Czysta sofistyka.
W demokracji prawo dają ludzie. My, demokraci, w to właśnie wierzymy. Jeśli dali PiS-owi w roku 2023 7,6 mln głosów, a Nawrockiemu w 2025 10,6 mln, to znaczy, że oni PiS-owi dają moralne prawo do bronienia tego wszystkiego, czego PiS broni. Dotyczy to zresztą każdej innej siły politycznej.
Gdyby to ode mniej zależało, to odebrałbym Donaldowi Tuskowi moralne prawo do wypowiadania się w kwestii polityki wobec Rosji albo polityki klimatycznej UE. A to dlatego, że jako premier RP robił reset z Rosją Putina i porzucił plany objęcia Polski tzw. tarczą antyrakietową USA (która by się nam dziś bardzo przydała).
Potem jako szef Rady Europejskiej, a następnie lider Europejskiej Partii Ludowej był przy tworzeniu wszystkich najważniejszych elementów zielonej transformacji. I uważam za wyjątkowo oburzające, że dziś tak wielu daje się nabrać, że on tylko "przechodził z tragarzami". Ale powtarzam. Tusk ma prawo istnieć w polskiej polityce i bronić każdej nawet największej głupoty. Bo tego chcą jego wyborcy.
Przestrzegałem w 2024 roku
Zakończę tam, gdzie zacząłem. I to nie teraz, lecz już dość dawno. W styczniu 2024 roku - pod wpływem pierwszych ekscesów obecnej władzy (siłowe przejęcie mediów publicznych, akcja z pokazowym aresztowaniem posłów PiS na terenie Pałacu Prezydenckiego) napisałem w tym miejscu tekst, otwiera się w nowym oknie o groźbie tyranii.
Chodziło w nim o to, że nawet jeśli wszystkie siły polityczne każdych czasów mają wmontowaną w naturę człowieczą pokusę nadużycia, to Tusk i jego liberałowie wpadną w jej sidła znacznie łatwiej niż kaczyści. Dlaczego tak uważam?
Bo PiS przez cały okres swojej władzy miał przeciw sobie potężne ośrodki kontrwładzy.
Po pierwsze, potężną zagranicę - Unię Europejską, liberalne zachodnie media, sieć Sorosa.
Po drugie, silną opozycję w kraju na którą składały się sprzyjające jej media oraz (punkt trzeci) elity symboliczne.
Paradoksalnie to PiS-owi służyło. To ich stawiało do pionu. Gwarantowało, że nawet jeśli mają ów gen autorytarny, to będą go stale zwalczali. I nigdy nie przejmie on pełnej kontroli. Tusk i jego ekipa tego nie mają. I to czyni ich tak bardzo niebezpiecznymi dla naszej faktycznej wolności i autentycznej demokracji.
Sprawa TK (i wiele wiele innych) tylko to niestety potwierdzają.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.