The Jerusalem PostTrump: US will stop funding to Israel after end of 2026, will 'help Israel if they need it'Daily MaverickLOCAL ELECTIONS 2026: Navigating ballots, candidates, and wards: Your guide to the 2026 local government electionsBBC NewsThird teen arrested after Halloween party stabbingsZDF heuteAktuelle Pressemitteilungen des ZDFBBC News BrasilQuem é Jesus de Miguel, jogador de futebol espanhol que morreu após choque com goleiro em partidaSBS 뉴스"배후는 북한" 미국이 지목하자…김여정 의미심장 발언Global NewsHarper offered Mark Carney government role, new memoir revealsNOSIndiase marine bevrijdt 20 opvarenden van door piraten gekaapte Iraanse vissersbootTagesschauLiveblog zu den Midterms: ++ Republikaner stecken TV-Werbung vor allem in Hochburgen ++The Hollywood ReporterMark Lazarus: MS NOW Not Experiencing the Viewer “Fatigue” Lachlan Murdoch Complained AboutESPN DeportesKnicks sufre ante Nets, pero gana y evita frío sótanoPremium TimesSowore, supporters protest at police headquarters, demand prosecution of alleged attackers in Ekiti
The Daily Newsstand · Free, Always
Tuesday, November 3, 2026

Wina Trumpa. Republikanie już obwiniają prezydenta, a on zapowiada, że zostanie „panem weto”

Translate

Te wybory mogą rozpocząć zupełnie nowy etap prezydentury Donalda Trumpa, a być może także nowy etap w historii Partii Republikańskiej. Pytanie brzmi nie tylko, kto dziś wygra. Pytanie brzmi również: co wydarzy się w środę? Zacznijmy od tego, co pisze „Politico”. Według rozmówców portalu w Partii Republikańskiej narasta przekonanie, że jeszcze kilka miesięcy temu sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Republikanie mieli nadzieję, że tym razem uda im się przełamać pewną prawidłowość amerykańskiej polityki. Na prawicy powszechne jest poczucie, że postawa prezydenta - a przede wszystkim wojna z Iranem - osłabiła ich pozycję i może pogrzebać ich szanse w wyborach. 

Na początku tego roku był moment, w którym naprawdę poczuliśmy, że możemy pójść na przekór historii - powiedział jeden z republikanów w Izbie Reprezentantów, odnosząc się do zasady, że partia prezydenta zwykle przegrywa wybory w połowie jego kadencji. Ale potem Trump zbombardował Iran. I od tej pory spadała na nas jedna rzecz po drugiej - dodał. 

W Stanach Zjednoczonych wybory w połowie kadencji prezydenta bardzo często kończą się porażką jego partii. Tak było wielokrotnie. Przegrywali republikanie, przegrywali demokraci. W 2010 roku, za prezydentury Baracka Obamy, demokraci ponieśli dotkliwą porażkę w wyborach do Izby Reprezentantów, ale republikanie liczyli, że Donald Trump będzie w stanie zmienić ten scenariusz. Jeden z kongresmenów powiedział dziennikarzom „Politico”, że na początku roku naprawdę pojawiło się przekonanie, że partia może pójść pod prąd historii. Iran pogrzebał szanse. Od dnia rozpoczęcia wojny na republikanów zaczęły spadać kolejne problemy. To bardzo mocna wypowiedź, szczególnie że pochodzi z obozu politycznego samego prezydenta. Bo pokazuje, że przynajmniej część republikanów zaczyna postrzegać decyzje Donalda Trumpa nie jako atut, ale jako obciążenie wyborcze. Tutaj dochodzimy do wojny z Iranem. 

Konflikt, który rozpoczął się pod koniec lutego, ma konsekwencje wykraczające daleko poza Bliski Wschód. Przede wszystkim gospodarcze. Wzrost cen paliw i nawozów szczególnie mocno odczuwają mieszkańcy rolniczych regionów Stanów Zjednoczonych, a przecież właśnie w takich miejscach republikanie tradycyjnie mogli liczyć na duże poparcie. Wyobraźmy sobie amerykańskiego rolnika, który przez lata głosował na republikanów. Nie musi interesować się szczegółami operacji wojskowych na Bliskim Wschodzie. Nie musi analizować strategii Pentagonu, ale doskonale widzi, ile kosztuje paliwo do jego maszyn i ile musi zapłacić za nawozy. I jeżeli te koszty rosną, zaczyna zadawać pytania. 

W polityce wyborczej takie pytania mają ogromne znaczenie, zwłaszcza że Donald Trump wielokrotnie przekonywał Amerykanów, że pod jego rządami będzie im się żyło lepiej i taniej. Tymczasem według rozmówców „Politico” wojna z Iranem stała się jednym z głównych powodów niezadowolenia wewnątrz Partii Republikańskiej. Ale to niejedyny problem. Spójrzmy na Michigan i Maine. To stany, w których znaczenie mają również relacje gospodarcze z Kanadą, a przecież Donald Trump prowadził z Kanadą ostrą politykę handlową, wprowadzając cła i wywołując napięcia między dwoma sąsiadami. 

Dla polityków w Waszyngtonie to może być kolejny element wielkiej międzynarodowej rozgrywki. Ale dla przedsiębiorców i pracowników firm powiązanych z kanadyjskim rynkiem oznacza to bardzo konkretne problemy. Niepewność. Wyższe koszty. Obawy o przyszłość miejsc pracy. I właśnie dlatego, jak wskazuje „Politico”, polityka handlowa Trumpa może szkodzić republikanom w stanach, gdzie toczą się szczególnie ważne pojedynki wyborcze. 

Do tego dochodzi polityka imigracyjna. W Arizonie i Teksasie, gdzie mieszka wielu wyborców latynoskiego pochodzenia, kontrowersje wokół działań służb imigracyjnych mogą mieć znaczenie dla wyniku głosowania. Na Florydzie niezadowolenie wywołało cofnięcie tymczasowej ochrony dla części obywateli Haiti i Wenezueli. Widzimy więc pewien wspólny mianownik. Decyzje podejmowane przez prezydenta w Waszyngtonie zaczynają przekładać się na lokalne kampanie wyborcze. Właśnie o to część republikanów ma do niego pretensje, bo kongresmen z Michigan, kandydat w Maine czy polityk walczący o głosy w Teksasie musi później tłumaczyć wyborcom konsekwencje decyzji Białego Domu. 

Nawet jeśli sam nie miał na te decyzje większego wpływu. Co ciekawe, wśród republikańskich działaczy pojawia się również krytyka sposobu, w jaki Donald Trump prowadzi kampanię. Tańce Trumpa na scenie, osobliwe komentarze dotyczące kandydatów, gości na wiecach wyborczych.  W czasie gdy republikanie próbowali przekonać wyborców, że mają odpowiedzi na problemy gospodarcze i międzynarodowe, prezydent poświęcał uwagę tematom, które niekoniecznie pomagały kandydatom jego partii. Tutaj pojawia się bardzo ciekawe pytanie Czy Donald Trump, który przez lata był największym politycznym atutem republikanów, zaczyna być dla części z nich problemem? 

Na odpowiedź trzeba poczekać do wyborów, ale samo pojawienie się takich głosów jest warte odnotowania. Tym bardziej że sam prezydent nie sprawia wrażenia szczególnie zaniepokojonego. W jednym z podcastów Donald Trump przekonywał, że jego zaangażowanie w kampanię pomaga republikanom. Podkreślał ogromne tłumy na wiecach. Choć z tym też różnie bywało. Mówił, że nigdy wcześniej nie angażował się tak mocno w wybory w połowie kadencji. Przekonywał również, że kraj jest w świetnej kondycji i że jego administracja osiągnęła bardzo wiele. 

Co z sondażami, które wskazują na możliwość porażki republikanów?

Trump po raz kolejny zakwestionował ich wiarygodność. Sugerował nawet, że część pracowni badawczych nie przeprowadza rzeczywistych badań, tylko przedstawia wyniki przygotowywane zza biurka. Nie przedstawił jednak dowodów potwierdzających takie zarzuty. Tu mamy dwa zupełnie odmienne obrazy tej samej kampanii. Z jednej strony prezydent, który mówi o sukcesach, ogromnym poparciu i wielkich tłumach. Z drugiej strony republikańscy politycy, którzy według „Politico” prywatnie obawiają się poważnej porażki i już zastanawiają się, kto powinien ponieść za nią odpowiedzialność. 

A sondaże? Ostatnia seria badań dla „New York Timesa” wskazuje na przewagę demokratów we wszystkich siedmiu analizowanych kluczowych pojedynkach o miejsca w Senacie. To oczywiście nie oznacza, że demokraci wszystkie te pojedynki wygrają. Sondaż nie jest wynikiem wyborów. Przewaga w badaniu nie gwarantuje zwycięstwa przy urnie, ale pokazuje, dlaczego w obozie republikańskim pojawia się coraz większy niepokój. Co więcej, według doniesień „Politico” demokraci mogą być konkurencyjni nawet w miejscach, które przez lata uchodziły za zdecydowanie republikańskie bastiony. Wymieniane są między innymi Karolina Południowa i Nebraska. To nie znaczy, że republikanie te stany przegrają. Ale sam fakt, że takie scenariusze są rozważane, pokazuje skalę obaw przed wtorkowym głosowaniem. I teraz dochodzimy do chyba najciekawszego fragmentu tej historii. 

Donald Trump został zapytany, co zrobi, jeśli demokraci przejmą kontrolę nad Kongresem. Odpowiedział, że prawdopodobnie zostanie „panem weto”. Co to właściwie oznacza? W amerykańskim systemie politycznym prezydent może zawetować ustawy uchwalone przez Kongres. Żeby odrzucić prezydenckie weto, potrzebna jest większość dwóch trzecich głosów w obu izbach. To bardzo wysoki próg. A więc nawet jeśli demokraci przejmą Izbę Reprezentantów i Senat, nie oznacza to, że będą mogli swobodnie realizować wszystkie swoje pomysły. Donald Trump nadal będzie prezydentem. Nadal będzie miał bardzo istotne uprawnienia i nadal będzie mógł blokować ustawodawstwo, z którym się nie zgadza. 

Sam Trump przedstawił zresztą dość prosty scenariusz. Demokraci będą przesyłać mu kolejne ustawy. On będzie je wetował, a po pewnym czasie obie strony będą musiały usiąść do stołu i wypracować porozumienie. W jego ocenie właśnie tak działa amerykańska polityka. Tylko że jest też druga strona medalu. Jeżeli demokraci przejmą kontrolę nad Izbą Reprezentantów, uzyskają możliwość prowadzenia własnych dochodzeń parlamentarnych i znacznie skuteczniejszego kontrolowania administracji. Mogą organizować przesłuchania, żądać dokumentów i stawiać niewygodne pytania członkom administracji Trumpa. Jeśli przejmą również Senat, zwiększy to ich wpływ na proces legislacyjny i obsadzanie części stanowisk państwowych. Ale trzeba podkreślić jedną rzecz. 

Przegrana republikanów w wyborach do Kongresu nie oznacza końca prezydentury Donalda Trumpa

Prezydent pozostaje na stanowisku. Zmienia się natomiast układ sił w Waszyngtonie, a to może oznaczać znacznie trudniejsze dwa lata rządzenia. Więcej konfliktów, więcej politycznych negocjacji i znacznie mniej możliwości realizowania własnego programu bez konieczności szukania porozumienia z przeciwnikami. Jest jednak jeszcze jeden aspekt tych wyborów, o którym warto powiedzieć. Przyszłość samej Partii Republikańskiej, bo Donald Trump jest dzisiaj jej niekwestionowanym liderem, ale nie będzie mógł ubiegać się o trzecią kadencję prezydencką na obecnych zasadach konstytucyjnych. Sam przyznał zresztą w poniedziałkowym podcaście, że bardzo chciałby ponownie wystartować, gdyby miał taką możliwość.

Zaznaczył jednak, że przepisy są bardzo precyzyjne, a to oznacza, że republikanie już muszą myśleć o wyborach prezydenckich w 2028 roku. I właśnie dlatego wynik wtorkowego głosowania może mieć znaczenie znacznie wykraczające poza obecny Kongres. Jeżeli republikanie poniosą niewielkie straty, Trump będzie mógł przekonywać, że mimo trudnych warunków politycznych udało mu się utrzymać partię w dobrej kondycji. 

Co jeżeli porażka okaże się naprawdę dotkliwa? 

Wtedy, według rozmówców „Politico”, prywatne pretensje mogą przerodzić się w publiczną krytykę, a część republikańskich polityków może zacząć coraz wyraźniej dystansować się od prezydenta. Nie dlatego, że nagle zmienią wszystkie swoje poglądy, ale dlatego, że zaczną kalkulować własną polityczną przyszłość. W amerykańskiej polityce to nic nadzwyczajnego. Kiedy przywódca pomaga wygrywać wybory, politycy chętnie stają u jego boku. Kiedy zaczyna być kojarzony z porażkami, pojawiają się pytania o zmianę strategii. Tyle że w przypadku Donalda Trumpa sytuacja jest szczególna, bo nawet politycy, którzy prywatnie go krytykują, muszą liczyć się z jego ogromnymi wpływami wśród republikańskich wyborców. Publiczne wystąpienie przeciwko Trumpowi może oznaczać konflikt z częścią własnego elektoratu. 

Właśnie dlatego nie spodziewałbym się automatycznie, że dzień po wyborach republikanie masowo odwrócą się od prezydenta, ale jeżeli wyniki okażą się dla nich bardzo złe, dyskusja o odpowiedzialności za porażkę może stać się znacznie głośniejsza. Właśnie to jest jedna z najważniejszych rzeczy, które będziemy obserwować po wtorkowym głosowaniu. Czy Donald Trump nadal będzie dla republikanów politykiem, który daje im największą szansę na zwycięstwo? Czy może coraz więcej działaczy zacznie uważać, że jego decyzje utrudniają im wygrywanie wyborów? Na razie nie znamy odpowiedzi. Warto o tym pamiętać. 

Demokraci mogą wygrać, ale nie muszą. Republikanie mogą stracić jedną izbę Kongresu, obie albo utrzymać większość. Dopiero głosy oddane przez Amerykanów rozstrzygną, który scenariusz stanie się rzeczywistością. Jedno jest jednak pewne. Donald Trump bardzo mocno zaangażował się w tę kampanię. Jeździł na wiece, mobilizował wyborców i przekonywał, że stawką jest przyszłość jego politycznego programu. Dlatego wynik wyborów będzie również oceną jego własnej politycznej siły. I tutaj pojawia się pewien paradoks. Trump przekonuje, że jego obecność na wiecach pomaga republikanom, ale jeśli partia przegra, część jej polityków może właśnie jego zaangażowanie i decyzje uznać za jedną z przyczyn porażki. 

Z kolei jeśli republikanie osiągną wynik lepszy od oczekiwań, prezydent zapewne potraktuje to jako potwierdzenie skuteczności swojej strategii. Dlatego we wtorek Amerykanie będą wybierać nie tylko nowych członków Kongresu. Będą również decydować o politycznych warunkach, w jakich Donald Trump spędzi pozostałe dwa lata swojej prezydentury. Być może pośrednio także o tym, w jakim kierunku zacznie zmierzać Partia Republikańska przed wyborami prezydenckimi w 2028 roku.

Na koniec chcę zwrócić uwagę na jedną rzecz. W Stanach Zjednoczonych często mówi się, że wybory w połowie kadencji są referendum nad urzędującym prezydentem. Tym razem to określenie wydaje się szczególnie trafne, bo Donald Trump uczynił z tej kampanii również osobistą polityczną batalię. Teraz pozostaje pytanie, czy jego zaangażowanie pomoże republikanom, czy stanie się argumentem dla tych, którzy już dzisiaj prywatnie obwiniają go za spodziewane niepowodzenia. Polityczna walka o to, kto poniesie odpowiedzialność za ich wynik, najwyraźniej już się rozpoczęła.

View the original on RMF24 →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.