Trump pozbył się białych rękawiczek. Dosadny sygnał dla Europy
Wiele osób widzi w działaniu Trumpa zerwanie z dotychczasową polityką USA. Niesłusznie. Trump robi to, co jego poprzednicy, tyle że bez ich dyplomatycznego wyczucia, bo go po prostu nie ma. Tam, gdzie wcześniej mówiono o wspólnych standardach, interoperacyjności i solidarności Sojuszu, Trump wprost mówi o biznesie.
Po II wojnie światowej Stany Zjednoczone stały się głównym dostawcą uzbrojenia dla odbudowujących swoje siły zbrojne państw Europy Zachodniej. Amerykanie wykorzystali to, że europejski przemysł zbrojeniowy był osłabiony wojną. Wielka Brytania była praktycznie bankrutem. Niemcy, Francja i Włochy musiały się odbudować. Tymczasem zagrożenie ze strony Związku Radzieckiego wymagało szybkiego dozbrojenia. Amerykańskie dostawy, początkowo często realizowane w ramach pomocy wojskowej z nadwyżek, pozwalały szybko uzupełniać braki i budować zdolności obronne NATO.
Wprowadzenie amerykańskiego uzbrojenia do europejskich armii oznaczało długotrwałe związanie ich z dostawcą. Sam zakup samolotu czy czołgu jest bowiem dopiero początkiem. To często zaledwie 30 proc. kosztów w całym cyklu życia sprzętu wojskowego. Potem należy kupić części zamienne, dedykowaną amunicję, przeprowadzić remonty okresowe, szkolenia i modernizacje w połowie cyklu życia. Wraz ze sprzętem kupowano więc również zależność od zaplecza technicznego, dokumentacji i decyzji politycznych państwa producenta.
Nie znaczy to, że NATO wymyślono tylko po to, by sprzedawać Europejczykom amerykańską broń. Sojusz miał przede wszystkim odstraszać Związek Sowiecki. Jednak Waszyngton szybko zrozumiał, że rola głównego gwaranta bezpieczeństwa daje również przewagę gospodarczą i polityczną.
Standaryzacja uzbrojenia była uzasadniona militarnie, ale też napędzała gospodarkę producenta. Dokumenty amerykańskiej administracji z lat 70. mówiły otwarcie, że unifikacja wyposażenia to nie tylko większa skuteczność NATO, lecz także wielomiliardowe dochody.
Najlepiej, jak skutecznie Stany Zjednoczone potrafiły łączyć interesy wojskowe z handlowymi, pokazuje historia lotnictwa NATO. Amerykanie od początku subtelnie naciskali, żeby sojusznicze lotnictwo było jednolicie wyposażone, aby ułatwić logistykę podczas działań, dając za przykład polowe porty lotnicze z czasów II wojny światowej. I faktycznie miało to rację bytu, co pokazał konflikt w Korei.
Amerykańskie NATO
Dlatego w końcu sojusznicy ulegli i F-86 Sabre trafił do wszystkich państw NATO, a w kolejnych latach większość europejskich sił powietrznych szeroko wykorzystywała F-104 Starfighter. Oficjalnie amerykańskie konstrukcje zapewniały kompatybilność w ramach Sojuszu, a produkcja licencyjna dawała części europejskiego przemysłu dostęp do technologii i zamówień. Jednocześnie umacniała pozycję amerykańskich dostawców. Wyłamali się Brytyjczycy i Francuzi, którzy zdecydowali się na samoloty własnej produkcji. Nie do końca spodobało się to Amerykanom.
W połowie lat 70. w Belgii, Danii, Holandii i Norwegii wybierano następcę Starfightera. W grze znalazły się amerykański F-16 oraz francuski Mirage F1. Ostatecznie europejskie państwa wybrały F-16. Amerykanie wygrali, ponieważ europejscy partnerzy otrzymali udział w produkcji, a program dawał im korzyści przemysłowe. Nie zmienia to jednak faktu, że wielki sukces F-16 zapewnił Stanom Zjednoczonym trwałą pozycję na europejskim rynku lotniczym.
Potem jedynie ją umiejętnie utrzymywał. Amerykański przemysł potrafił przedstawiać wybór własnych konstrukcji jako naturalną konsekwencję standardów NATO, a konkurencyjne europejskie projekty musiały mierzyć się nie tylko z amerykańskimi konkurentami, lecz także z polityczną siłą Waszyngtonu. A ten nie był zbyt zachwycony, kiedy Europejczycy wybierali własne konstrukcje.
Dobrymi przykładami będą choćby Eurofighter EF2000 i Dassault Rafale. Po deklaracji z Saint-Malo z 1998 r., w której Francja i Wielka Brytania opowiedziały się za zdolnością Unii Europejskiej do samodzielnego działania wojskowego, sekretarz stanu USA Madeleine Albright stwierdziła, że może to dyskryminować członków NATO spoza UE i dublować struktury oraz wyposażenie.
Formalnie chodziło jej o zachowanie spójności i interoperacyjności Sojuszu. Faktycznie Albright dbała o interes amerykańskich producentów i chciała ograniczyć swobodę rozwijania europejskich struktur obronnych, które mogłyby działać niezależnie od Stanów Zjednoczonych.
Amerykański biznes
Jak widać, Trump nie stworzył systemu, w którym bezpieczeństwo sojuszników krzyżuje się z interesami amerykańskiego przemysłu. Nie on pierwszy traktuje zamówienia zbrojeniowe jako narzędzie polityki zagranicznej i szantażu. Różnica polega na tym, że jego poprzednicy zazwyczaj potrafili ubrać własne interesy w język wspólnych wartości, odpowiedzialności i solidarności.
Trump robi to znacznie mniej subtelnie. Inaczej po prostu nie umie. W jego oczach NATO przypomina umowę handlową, a sojusznicy stają się klientami, którzy zalegają z płatnościami. I to właśnie jest sedno problemu. Waszyngton chciałby, aby Europa wydawała więcej na obronność, lecz znaczna część tych pieniędzy nadal powinna trafiać do amerykańskich producentów. Europejskie zdolności przemysłowe są mile widziane tak długo, jak nie podważają dominacji Stanów Zjednoczonych.
Teraz powoli Europa zauważa, że błędem było przekonanie, że za wojskową współpracą nie stoją twarde interesy gospodarcze i polityczne. Teraz, gdy Waszyngton przestał udawać, że ich nie ma, Europejczycy muszą zdecydować, czy chcą pozostać przede wszystkim klientami amerykańskiego przemysłu, uzależnionymi od humorów lokatorów Białego Domu, czy też stać się partnerami zdolnymi samodzielnie produkować, utrzymywać i rozwijać uzbrojenie, od którego zależy ich bezpieczeństwo.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.