Król wśród bogów. Wyjątkowy szlak Freddiego Mercury'ego w londyńskim muzeum
Szlak Freddiego Mercury'ego otwarty w Muzeum Wiktorii i Alberta w Londynie
Źródło wideo: Reuters
Źródło zdj. gł.: TOLGA AKMEN/PAP/EPA
W monumentalnej galerii renesansu, na zawieszonym pod sufitem balkonie z pałacu w Treviso, wchodzących wita Freddie Mercury, ubrany w obcisłą koszulkę z jaskrawoczerwonym napisem "Flash". Ściska w ręku oryginalny mikrofon. Wydaje się, że zaraz zaintonuje fragment queenowskiej ścieżki dźwiękowej do kultowego campowego filmu science-fiction Mike'a Hodgesa z 1980 roku.
- To dla niego idealna scena! - przyznaje kuratorka, Kate Bailey. - Balkony miały być właśnie miejscami, z których można się pokazać, dać się zobaczyć innym. To idealnie pasuje do jego ekstrawagancji, jego charyzmy, zamiłowania do widowiska. Mam wrażenie, że dzięki temu on sam staje się tu dziełem sztuki - dodaje.
W galerii renesansu wchodzących wita Freddie ubrany w obcisłą koszulkę z jaskrawoczerwonym napisem "Flash"
Źródło zdjęcia: TOLGA AKMEN/PAP/EPA
- Wokół mnóstwo jest antycznych bóstw. Pomyśleliśmy, że doskonale pasuje to do Mercury'ego: posłańca bogów - podkreśla kuratorka, wskazując na umieszczone w galerii rzeźby, do których teraz dołączył manekin wokalisty Queen.
Zamiast zgromadzić stroje w jednym pokoju, kuratorzy postanowili umieścić je w różnych miejscach muzeum. Kostiumy wchodzą w dialog z ogromnymi zbiorami galerii.
"Nie mogę uwierzyć, że nadal istnieją"
Dobry przykład to galeria japońska. Do znajdującej się tam dużej kolekcji kimon dołączyło teraz kimono z kolekcji wokalisty. Bailey tłumaczy, że prawdopodobnie ktoś przyniósł je na Kensington Market, słynny targ mody alternatywnej, działający w latach 1967-2000, gdzie przez kilka lat swoje stoisko mieli Mercury i perkusista Queen, Roger Taylor. - To obiekt świetnie podkreślający jego miłość do Japonii - mówi kuratorka. Strojowi towarzyszy wielkie zdjęcie wokalisty z początku lat siedemdziesiątych, na którym Freddie ma na sobie kimono.
- Nie mogę uwierzyć, że nadal istnieją. Myślałam, że przepadły - kręci głową Wendy de Smet, projektantka i przyjaciółka Mercury'ego, przyglądając się dwóm swoim kreacjom sprzed pół wieku. Umieszczone w szklanych gablotach, oświetlane są pulsującymi scenicznymi światłami. Pokój wypełnia nagranie "Bohemian Rhapsody".
Czarny kostium Freddiego Mercury'ego z roku 1975
Źródło zdjęcia: TOLGA AKMEN/PAP/EPA
Pierwszy strój to kostium "białej królowej", który muzyk miał na sobie w słynnym teledysku do tego utworu. Długie, wąskie rękawy ozdobiono czterema pikowanymi panelami zakończonymi szpicami, które miały przywodzić na myśl skrzydła.
Drugi to kostium czarny, ozdobiony błyszczącymi kamieniami, które Mercury przyszył własnoręcznie. De Smet wspomina, że Mercury powiedział jej, że chce też wcielić się w "złą królową". Stanowiło to nawiązanie do drugiego albumu grupy, gdzie pojawiały się utwory o białej i czarnej królowej, czyli "White Queen (As It Began)" oraz "March of the Black Queen". Analogowy krążek dzielił się też na strony białą i czarną.
Tło dla kostiumów stanowią monumentalne arrasy. Wiele z nich opowiada o walce światła i cienia. - W tej przestrzeni jest coś niezwykłego, co doskonale pasuje do Freddiego. Jeśli przyjrzymy się arrasom, zobaczymy sceny przedstawiające dobro, zło i cnotę. Z arrasów emanuje pewien rodzaj magii (a kind of magic - red.) - podkreśla kuratorka.
"Zastanawiałam się, czy któryś z tych szwów nie pęknie"
Podczas tournée w 1975 roku Mercury rozpoczynał koncert w białym stroju, śpiewając "Bohemain Rhapsody", wówczas jeszcze świeżą kompozycję. W drugiej połowie występu Mercury przywdziewał czarny kostium, by wykonać m.in. "Now I'm Here" czy "Keep Yourself Alive".
Wendy de Smet podkreśla, że Mercury'emu zależało na tym, by czarny strój był tak ciasny i przylegający, jak to tylko możliwe. Poprawiała go cztery razy. - Pamiętam, że siedziałam w hali Hammersmith Odeon cała w nerwach. Zastanawiałam się, czy któryś z tych szwów nie pęknie. Gdyby tak się stało, wina spadłaby pewnie na mnie. Na szczęście nic takiego się nie stało. Przeszywałam je i przeszywałam - tak, by stroje były jak najmocniejsze - wspomina, dodając: - To naprawdę niesamowite, że przetrwały.
Dla Mercury'ego znalazło się też miejsce w jednym z najbardziej reprezentacyjnych miejsc muzeum, korytarzu Leightona. Na tle monumentalnego okna manekin zamaszystym gestem unosi czerwono-czarny kostium z jedwabną peleryną. Mercury miał go na sobie w teledysku do solowego utworu "Made in Heaven". Strój zainspirowany był "Boską Komedią" Dantego oraz "Świętem wiosny" Strawińskiego.
Ciemnoczerwony aksamit, imitacja gronostajowego futra, złote ozdoby stworzone przez firmę wykonującą hafty dla rodziny królewskiej - tak wygląda słynny ponad trzymetrowy płaszcz imitujący płaszcz króla, który Freddie przywdziewał podczas trasy "Magic" w 1986 r. W Londynie można go teraz zobaczyć z bliska, podobnie jak koronę, która dopełniała wizerunku.
"Dobranoc, słodkich snów"
Po tym, jak wybrzmiewały ostatnie nutki "We Are The Champions", zespół rozpoczynał improwizowaną kakofonię dźwięków, a Mercury wkraczał na scenę w gronostajach i w koronie. Zgodnie z tradycją wkrótce rozlegała się rockowa wersja brytyjskiego hymnu "God Save The Queen", która oryginalnie kończyła słynną płytę "A Night at the Opera".
Freddie miał na sobie ten strój podczas swego ostatniego występu z Queen - w Knebworth, w hrabstwie Hertfordshire. "Dobranoc, słodkich snów, kochamy was" - powiedział wtedy do publiczności, ściągając koronę i pochylając się w ukłonie.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.