Polska armia ofiarą "widzimisię" Trumpa? Potężne problemy uderzają w bezpieczeństwo
Kupiliśmy amerykańskie systemy, ale wraz z nimi nie otrzymaliśmy pełnej niezależności w zakresie używanej amunicji, napraw i zaopatrzenia. A teraz okazuje się, że nawet dostawy zamówionego uzbrojenia mogą się opóźnić, ponieważ Waszyngton musi zaspokoić własne potrzeby.
Nie trzeba wcale wyobrażać sobie zerwania sojuszu z USA, żeby dostrzec problem, jaki od niemal trzech lat generuje Biały Dom. Wystarczył konflikt na Bliskim Wschodzie, zmiana priorytetów amerykańskiej administracji albo decyzja o ograniczeniu eksportu określonego rodzaju uzbrojenia, by sojusznicy zostali pozostawieni samymi sobie.
Polska może mieć na stanie nowoczesne wyrzutnie i czołgi, a mimo to nie być w stanie utrzymywać ich gotowości na poziomie, którego wymagałaby wojna. Nie dlatego, że sprzęt jest zły, lecz dlatego, że jego eksploatacja zależy od dostawców zza oceanu.
Ostatnio o opóźnieniach w dostawach amerykańskiego uzbrojenia do Polski poinformował gen. dyw. pilot Ireneusz Nowak, dowódca operacyjny rodzajów sił zbrojnych. Potwierdził spodziewane opóźnienia dostaw, w tym pocisków PAC-3 MSE dla zestawów Patriot. Powodem jest wojna z Iranem, która doprowadziła do uszczuplenia amerykańskich zapasów. Oznacza to, że nawet zawarte wcześniej kontrakty nie gwarantują dostarczenia uzbrojenia.
Dlatego Polska próbuje uniezależnić się od USA i zwiększyć udział krajowego przemysłu w produkcji pocisków do systemów Patriot, ale do własnej konstrukcji droga jest jeszcze daleka. Na razie rozmowy ze Stanami Zjednoczonymi dotyczą przede wszystkim uruchomienia produkcji rakiet PAC-3 MSE w Polsce oraz rozszerzenia współpracy przemysłowej z Lockheed Martin. To ważny krok, ale nie oznacza uzyskania zdolności do samodzielnego projektowania i wytwarzania całego pocisku. Polska nadal będzie zależna od amerykańskiej technologii, licencji i warunków współpracy z producentem.
Polska uczestniczy również w rozmowach o rozwoju alternatywnych rozwiązań, w tym tańszych konstrukcji opracowywanych we współpracy z partnerami z Europy i Ukrainą. Na razie jednak jest to bardzo odległa alternatywa. Opracowanie takiej konstrukcji wymaga nie tylko zaprojektowania rakiety, ale także jej integracji z radarem i systemem kierowania ogniem, przeprowadzenia prób oraz uzyskania odpowiednich certyfikacji.
Dopiero budujemy zaplecze
Podobny problem dotyczy czołgów M1 Abrams. Polska zamówiła łącznie 366 maszyn. Najpierw 116 w starszej wersji M1A1 oraz 250 M1A2 SEPv3. To poważne wzmocnienie wojsk pancernych, szczególnie po przekazaniu Ukrainie dużej części starszego poradzieckiego sprzętu. Abramsy mają jednak specyficzne wymagania eksploatacyjne, a jednym z najważniejszych wyzwań jest obsługa ich turbinowych silników AGT1500.
W maju 2026 r. podpisano umowę z amerykańską firmą Honeywell dotyczącą utworzenia w Wojskowych Zakładach Lotniczych nr 1 w Dęblinie autoryzowanego centrum serwisowego tych silników. Ośrodek ma rozpocząć działalność w 2028 r. Do tego czasu Polska musi rozwijać kompetencje techniczne i organizować obsługę we współpracy z producentem.
Na szczęście już teraz część prac można wykonywać w kraju, a polski przemysł stopniowo zdobywa kolejne zdolności. Problem polega na tym, że przed zakupem tak dużej liczby czołgów nie zapewniono pełnego zaplecza do obsługi ich napędów. Budowa odpowiednich kompetencji następuje dopiero po rozpoczęciu dostaw.
W przypadku Abramsów sytuacja zaczyna się poprawiać. Centrum w Dęblinie ma skrócić czas napraw i pozwolić Polsce obsługiwać silniki również dla innych europejskich użytkowników. Nie zmienia to jednak faktu, że transfer wiedzy, uprawnienia serwisowe i dostęp do części wymagają współpracy z amerykańską firmą. Niestety, krajowe zaplecze nie oznacza jeszcze całkowitej niezależności technologicznej.
Brak wyboru
Przy czym problemy z realizacją umów i brakiem samodzielnych zdolności nie oznaczają, że Polska powinna całkowicie zrezygnować z amerykańskiego sprzętu. W wielu dziedzinach nie ma obecnie równie dobrych alternatyw, a budowanie własnych zdolności wymaga lat i dużych nakładów. Nie da się również produkować w kraju każdego elementu każdego systemu. Można natomiast świadomie ograniczać zależność, rozwijając serwis, produkcję części, zapasy amunicji i kompetencje przemysłowe tam, gdzie ma to największe znaczenie dla gotowości bojowej.
Polska wydaje ogromne pieniądze na rozbudowę armii. Powinna więc wymagać, by kontrakty obejmowały nie tylko dostawy sprzętu, lecz także warunki jego utrzymania przez kolejne dekady. Potrzebne są umowy zapewniające dostęp do części, technologie pozwalające wykonywać naprawy w kraju, odpowiednie zapasy amunicji i wiarygodne harmonogramy dostaw. A tam, gdzie to możliwe, również krajowa produkcja.
Amerykańskie uzbrojenie może być ważną częścią polskiej obrony, ale nie powinno oznaczać, że gotowość polskich sił zbrojnych zależy od każdej zmiany priorytetów w Waszyngtonie. Sojusz jest potrzebny. Nie może jednak zastępować zdolności państwa do samodzielnego utrzymania własnej armii. To właśnie tę lekcję warto wyciągnąć z obecnych problemów z dostawami, zanim podobne opóźnienia staną się problemem podczas kryzysu na wschodniej flance NATO.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.