"Najbardziej niebezpieczny temat". Trump ratuje się kosztem Ukrainy
Półtora miesiąca przed wyborami połówkowymi (midterms) w obozie Republikanów nastroje nie mogą dopisywać. Mimo hucznej konwencji w Dallas, sondaże nie dają powodów do optymizmu. Notowania Trumpa szorują po dnie i ciągną partię w dół. Perspektywa utraty większości w amerykańskim Kongresie jawi się jako naturalne następstwo prowadzonej przez Biały Dom polityki.
Powód jest prozaiczny: portfel przeciętnego "Johna Smitha". Strach przed inflacją i drożyzną na stacjach paliw staje się tematem numer jeden kampanii, spychając na dalszy plan globalne ambicje Waszyngtonu.
Trump nie wywiązuje się z obietnic
Rosnące ceny diesla uderzają przede wszystkim w strategiczny dla Republikanów elektorat – mieszkańców Środkowego Zachodu.
– Rynek rolny w stanach takich jak Iowa czy Kansas jest całkowicie uzależniony od paliwa. Maszyny muszą pracować, a koszty transportu żywności rosną lawinowo – wyjaśnia amerykanista Rafał Michalski w rozmowie z Wirtualną Polską. – Ci sami rolnicy krytykowali w roku 2018 wojnę handlową z Chinami – tę z ubiegłego roku również. Samo ograniczenie chociażby importu amerykańskiej soi spowodowało straty na poziomie setek milionów dolarów – przypomina ekspert.
Teraz amerykańscy farmerzy przyjmują kolejny cios – ceny paliwa, które biją historyczne rekordy.
Wszystko spowodowane jest niepowodzeniem w wywołanej przez Trumpa wojnie z Iranem. Szybki sukces zmienia się w kampanię, która przeciąga się w czasie bez perspektyw na poprawę. Uderzenia z powietrza nie przyniosły oczekiwanych skutków – nie doszło do zmiany władzy w Iranie na prozachodnią, magazyny pocisków kurczą się, a ceny paliw wystrzeliły w związku z blokadą cieśniny Ormuz.
Do tego wszystkiego dochodzi teraz ofensywa Huti wzdłuż jemeńskiego wybrzeża Morza Czerwonego. Rebelianci przejęli kontrolę nad cieśniną Bab-al-Mandab, poważnie uszkodzili saudyjską infrastrukturę energetyczną, dzięki której Rijad omijał blokadę cieśniny Ormuz. Teraz ropa nie płynie ani przez jedną, ani przez drugą cieśninę.
– Prowincja nie dostała od 2025 r. żadnej ustawy, żadnej reformy, która mogłaby im pomóc. Obniżki podatków są głównie skierowane do mieszkańców dużych miast. To nie jest polityka, która by wpłynęła znacząco na życie – podkreśla.
To wszystko znacznie wpływa na potencjalny sukces Demokratów w nadchodzących wyborach. Jeśli spełni się sondażowy scenariusz, Trump będzie musiał szukać z nimi porozumienia.
– Demokraci już teraz deklarują, że nie zgodzą się na żaden budżet finansujący działania w Zatoce Ormuz czy rozszerzanie polityki podatkowej faworyzującej wielkie centra danych AI – punktuje amerykanista. – Trump wie, że przy wrogim Kongresie czekają go dwa lata walki o przetrwanie i widmo "government shutdown" (zamknięcia rządu), co w pierwszej kadencji zdemolowało mu rankingi.
– Tutaj właśnie pojawia się prezydent Zełenski – tłumaczy rozmówca Wirtualnej Polski.
Zełenski jako "oskarżony"
W tej sytuacji Donald Trump, znany ze swojego transakcyjnego podejścia do polityki, zaczął wysyłać w stronę Kijowa sygnały, które nad Wisłą budzą uzasadniony niepokój. Podczas krótkiej wymiany zdań z dziennikarzami prezydent USA zasugerował, że to upór Ukrainy i destabilizacja rynków przez ten konflikt są winne drożyzny w Ameryce.
– Nie wiemy jeszcze, czy to przemyślana strategia, czy kolejny komentarz rzucony przez Trumpa w eter, jak niegdyś ten o zjednoczeniu Irlandii – analizuje Michalski. – Jednak z perspektywy kampanii to ruch najprostszy: skoro nie mogę wycofać się z dotychczasowej polityki, najłatwiej powiedzieć wyborcom, że to Ukraina destabilizuje rynek ropy, a my – strona amerykańska – staramy się go tylko ratować. Ukraina staje się wygodnym oskarżonym, który ma odciągnąć uwagę od problemów administracji na Bliskim Wschodzie – zaznacza.
Michalski wskazuje przy tym, że z ostateczną oceną obwiniania o ceny Zełenskiego należy się wstrzymać do przygotowanego wcześniej wydarzenia Trumpa. – Czy będzie to scena, czy też Gabinet Owalny – mówi. Jeśli narracja zostanie tam powtórzona, oznaczać to będzie ni mniej ni więcej – to oficjalny przekaz Białego Domu i strategia na galopujące ceny paliw.
Trump nie pozwolił jednak czekać długo na kolejny komunikat. W poniedziałek we wpisie w mediach społecznościowych poinformował, że Wołodymyr Zełenski zgodził się zaprzestać ataków na rosyjską infrastrukturę energetyczną. Amerykański prezydent ponownie przy tym ocenił, że wzrost ceny oleju napędowego - który w USA jest obecnie najdroższy w historii - jest w większości spowodowany wojną Rosji z Ukrainą, a nie wojną z Iranem.
Zełenski potwierdził, że zgodził się na zawieszenie ataków, jednocześnie wyraził wątpliwości, że Rosja dostosuje się do tego. "Jeśli partnerzy są gotowi zagwarantować, że Rosja rzeczywiście będzie chciała zaprzestać ataków na naszą energetykę, inne nasze obiekty energetyczne, infrastrukturę krytyczną oraz transport żywności, to oczywiście jesteśmy gotowi zapewnić odpowiednie wstrzymanie naszych ataków" - napisał Zełenski w komunikatorze Telegram.
Ceny są decydujące
Jaki efekt na stacjach benzynowych w USA przyniesie zawieszenie ataków, o ile faktycznie się ono utrzyma? Tego nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że ceny diesla i paliw rosną wraz eskalacją na linii Waszyngton-Teheran, oraz ostatnią ofensywą Huti w Jemenie.
– Amerykanie głosują portfelami, a niejednego prezydenta energia już pokonała. Energia dotyka każdego regionu, każdego w inny sposób. W Nowej Anglii, gdzie rodzice się skarżą, że drożej jest zawozić ich dzieci do szkoły czy dojechać do pracy z przedmieścia do miasta. Inaczej jest to dla sektora rolnego, który musi uruchamiać maszyny rolnicze. Jeszcze inaczej jest to postrzegane w Teksasie, który ma własny rynek wydobywczy – zastrzega ekspert.
Jednocześnie zdaniem amerykanisty, narracja obwiniająca Zełenskiego może być trudna do zaakceptowania dla wyborców.
– Zobaczymy, jaka będzie reakcja na wzrost cen żywności, bo wiemy, że rolnicy będą musieli gdzieś te koszta przerzucić, wyższe ceny nawozów, energii, oleju napędowego – wskazuje.
– Polityka ekspansji czy interwencjonizmu na Bliskim Wschodzie – sama w sobie jest niepopularna w zasadzie od czasów prezydenta Busha. To będzie całkowicie odpowiedzialność Donalda Trumpa, ponieważ ten sam Trump w 2025 r. obiecywał, że doprowadzi do obniżek cen energii poprzez chociażby uwolnienie gruntów federalnych – tłumaczy.
Przy tej okazji amerykanista przypomina prezydenturę Jimmiego Cartera, który też zmagał się z cenami energii – co ostatecznie kosztowało go drugą kadencję.
– Temat energii jest zawsze najbardziej niebezpieczny, ponieważ kiedy on staje się agendą wyborczą, to jest takie samo napędzające się koło, którego się nie da zatrzymać – podkreśla Michalski.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.