CNN TürkUygun Fiyata Dengeli ve Akıllı PerformansInquirerTyphoon Rosal exits PAR on Saturday morning (October 24)PunchADC slams APC over deepfake allegation, demands evidenceThe Jerusalem PostIsrael's opposition weighs minority coalition as Bennett, Liberman reject Arab supportBollywood HungamaSubhash Ghai reunites with Shreyas Talpade 20 years after Iqbal for Manya as filmmaker marks 50 years in cinema한겨레단 하루도 익숙해 지지 않은 이태원 참사 4년…“복수 아닌 정의 원해”ZDF heuteEntdecken Sie das ZDF-NachrichtenstudioStraits Times Sport‘Weeks, not days’ in Vincent Kompany recovery, say Bayern Munichسكاي نيوز عربيةأيهما أفضل لصحتك.. الفلفل الأحمر أم الأصفر؟Il Fatto Quotidiano“Sono grasso e cecato”, ma musicalmente eccezionale: “Je so’ pazzo” è il ritratto verace di Pino DanielekickerLIVE! Hertha beginnt mit Pedersen - Zwei Wechsel bei Magdeburg7sur7Le code de la route devient plus sévère en cas d’infraction à une interdiction de conduire
The Daily Newsstand · Free, Always
Saturday, October 24, 2026

Hiszpania traci cierpliwość do lewicy. Pedro Sanchez zapomniał, że wyborcy mają dobrą pamięć

Translate

I nie ma w tym przesady, bo to, co dzieje się na Puerta del Sol, pod wieloma względami jest światem równoległym do reszty hiszpańskiej stolicy.

Kto nie płaci, wylatuje

Dodaj Onet Wiadomości do preferowanych źródeł w Google

Nasze materiały będą się częściej pojawiać w Twoich wynikach wyszukiwania

Pod brezentową kopułą gęsto ustawione są namioty z dyskontów sportowych. A na nich — tekturowe transparenty z hasłami politycznymi, łatwymi do zrozumienia w całej Europie. Widać wyrysowane symbole uniesionej, zaciśniętej pięści, sporadyczny sierp i młot obok naklejek z flagą Palestyny. Nawiązania do walki klasowej, ale przede wszystkim elegie ku czci 87-letniej Maricarmen, która zmarła tydzień temu w stołecznym szpitalu, kilkanaście dni po eksmisji z mieszkania, w którym spędziła siedem dekad.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Historia nie była specjalnie skomplikowana, takich eksmisji jest w Europie Zachodniej mnóstwo, bo wynikają z obecnej dynamiki rynku mieszkaniowego. Maricarmen odziedziczyła umowę najmu po rodzicach i żyła w przekonaniu, że zapisany w niej czynsz nie zostanie zwiększony. W międzyczasie jednak kamienica, w której mieszkała, zmieniła właściciela. Budynek przejęła korporacja i zarządzanie nim oddała innej prywatnej firmie. Nowy właściciel zaproponował kobiecie wykupienie nieruchomości za 247 tys. euro, co było dla niej ceną zaporową. Ponieważ nie skorzystała, podniesiono jej czynsz, a że takiej kwoty nie mogła płacić — wyeksmitowano ją.

Tygodnik Przegląd nr 43

Tygodnik Przegląd nr 43

Tygodnik Przegląd

Teoretycznie wszystko odbyło się zgodnie z prawem. Transakcja kupna i sprzedaży, oferta wykupu, brak porozumienia, wyższy czynsz — który przecież nie jest regulowany prawnie — i eksmisja. Kto nie płaci, wylatuje na bruk. Tyle że w tym przypadku litera prawa nie pokrywa się z jego duchem i nie trzeba być latynoskim, zdeklarowanym socjalistą, żeby dojść do takiego wniosku.

Eksmisja i śmierć Maricarmen stały się katalizatorem olbrzymich protestów, których widomym rezultatem jest okupacja Puerta del Sol. A efektem politycznym — decyzja premiera Pedra Sancheza o rozwiązaniu parlamentu i rozpisaniu wyborów na 29 listopada, już piątych w ciągu zaledwie dekady. I choć Sanchez uchodzi za polityka z teflonu, odpornego na skandale i przede wszystkim bardzo utalentowanego, zwłaszcza kampanijnie, jego kolejny zakład z rzeczywistością najpewniej zostanie przegrany, jeśli wierzyć sondażom.

Od ponad półtora roku nieprzerwanie prowadzi w sondażach centroprawicowa Partia Ludowa (PP), na którą w tej chwili chce głosować 32,3 proc. wyborców — tak wynika z uśrednionych danych publikowanych przez platformę PolitPro. Inne sondaże, np. narzędzie wyborcze Poll of Polls serwisu Politico, podają zbliżony rezultat ludowców. Zwycięstwo jest raczej niezagrożone, choć nie dawałoby ono PP samodzielnej większości. Naturalnym koalicjantem wydaje się więc coraz bardziej radykalne Vox, oscylujące w granicach 17—18 proc. poparcia. Partia Socjalistyczna (PSOE) mogłaby liczyć na 26,5 proc., czyli aż o 5,2 pkt proc. mniej niż w poprzednim głosowaniu z lipca 2023 r. 11 proc. to z kolei poparcie dla Sumar, szerokiej koalicji ugrupowań lewicowych, ruchów miejskich i kolektywów aktywistycznych. W jej skład nie wchodzi już jednak Podemos, czyli formacja będąca echem poprzedniego hiszpańskiego kryzysu społecznego.

Historia się powtarza, ale nie zawsze

To, co dzieje się na Puerta del Sol, jest bowiem niebezpieczną kopią wydarzeń sprzed 15 lat. Wtedy Hiszpania znajdowała się w epicentrum eurokryzysu finansowego. Bruksela i Berlin dociskały rząd w Madrycie, by ograniczał wydatki publiczne, a kraj stał się kompletnie niestabilny. Bezrobocie wśród młodych poniżej 30. roku życia wynosiło ponad 40 proc. Po raz pierwszy od II wojny światowej więcej osób opuściło wtedy Hiszpanię na stałe, niż się w niej osiedliło. Eksmisje były na porządku dziennym. Sfrustrowana, pozbawiona perspektyw, przekonana o homogeniczności swoich elit politycznych młodzież zajęła wtedy madrycki plac po raz pierwszy, próbując wcielić w czyn hasło znane również z polskiej sceny — że inna polityka jest możliwa.

O Podemos napisano już opasłe tomy, wszak był to pierwszy europejski eksperyment lewicowego populizmu, nawet wyrazistszy niż Occupy Wall Street w Stanach Zjednoczonych. Kolektywne ciało przywódcze, zaangażowanie miejskich aktywistów, ponowny nacisk na materialne warunki życia. Pablo Iglesias Turrion, młody wówczas aktywista i wykładowca stołecznego Uniwersytetu Complutense, potem przebojem wszedł do zawodowej polityki, niewiele jednak w niej zmieniając. A nad nim znajdował się intelektualny guru hiszpańskiej lewicy, socjolog Manuel Castells, twórca koncepcji społeczeństwa sieciowego i wielkich planów reform instytucji demokracji liberalnej. Przyszłość miała należeć do nich, w końcu "podemos" po hiszpańsku znaczy "możemy".

Dzisiaj już chyba nikt nie wierzy w to hasło. Podemos nadal istnieje, ale wyłamało się z szerokiego lewicowego frontu, a jego poparcie oscyluje między 1,3 proc. a 3,6 proc. To wynik niższy niż rezultaty niektórych partii regionalnych, na które głosują tylko ludzie w Barcelonie, Kraju Basków czy na Wyspach Kanaryjskich. Progresywne postulaty nie są w modzie, w Hiszpanii nastąpiło podobne odbicie kulturowe jak w innych zachodnich demokracjach.

Twarzą kontrrewolucji jest Santiago Abascal, lider i założyciel Vox, członek międzynarodówki reakcyjnej prawicy. Jest sojusznikiem Javiera Mileia, Marine Le Pen, Georgii Meloni czy Mateusza Morawieckiego. To człowiek, który w szeregach swojej partii toleruje europosłów powielających narrację Kremla w wielu kwestiach, nie tylko na temat wojny w Ukrainie. I który publicznie deklaruje, że dla jego ugrupowania są trzy nieprzekraczalne czerwone linie: integralność terytorialna Hiszpanii, dominacja języka kastylijskiego nad innymi formami komunikacji oraz przewodnia rola tradycyjnej rodziny w kształtowaniu hiszpańskiego społeczeństwa.

Już trzy lata temu wszystko wskazywało na prawicowe odbicie w Hiszpanii, ale Sanchez jeszcze wtedy uciekł spod topora. Rozpisał wybory na lipiec i Hiszpanie po raz pierwszy w historii głosowali w czasie wakacji. Obawy o frekwencję nie potwierdziły się, bo zagłosowało ponad 69 proc. uprawnionych. Premier, który już wtedy był niepopularny — bardziej niż własna partia, co samo w sobie jest ciekawym zjawiskiem — zagrał va banque i wygrał. Prawica nie miała większości, nawet po zsumowaniu mandatów Vox i PP. Wiadomo było, że coraz bardziej separatystyczne partie regionalne nie poprą takiej koalicji, więc król Filip pałeczkę w procesie formowania rządu przekazał socjalistom. Jak się szybko okazało, byli oni gotowi zaprzedać duszę diabłu, a nawet zaoferować katalońskim separatystom, kuszonym przez Kreml, amnestię w zamian za poparcie w głosowaniu nad wotum zaufania.

Teraz trudno wyobrazić sobie podobny scenariusz. I to mimo że 14 października instytut badań opinii publicznej CIS, odpowiednik CBOS-u, opublikował szokujący sondaż. Przy dość wysokiej próbie, wynoszącej 5025 respondentów, socjaliści w badaniu wygrali z 34 proc. poparcia przy zaledwie 22 proc. dla PP. Vox dostał 17 proc., a Sumar 6,1 proc. Nie jest to wierne odzwierciedlenie nastrojów społecznych, nie do końca wiadomo bowiem, co nagle miałoby odwrócić trendy utrzymujące się od wielu miesięcy.

Badanie przeprowadzono już po śmierci Maricarmen, a 59 proc. respondentów wskazało kryzys mieszkaniowy jako główne źródło ich niepokoju i najważniejszy temat w kampanii. Aż 39 proc. wskazuje także na Sancheza jako najlepszego kandydata na szefa rządu. 24,6 proc. widzi w tej roli lidera PP Alberta Nuneza Feijoo, a dla 14,7 proc. najlepszym premierem byłby Santiago Abascal. Gdyby taki przebieg miały listopadowe wybory, byłaby to niespodzianka, ale też dowód na to, że dzisiejsza polityka oparta jest bardziej na lęku i gniewie niż na inteligentnym odczycie rzeczywistości i oczekiwaniach wobec rządzących.

Nomadzi windują ceny

Jeśli bowiem Hiszpanie naprawdę najbardziej martwią się kryzysem mieszkaniowym, to Sanchez nie jest najwłaściwszą osobą do rozwiązania tego problemu. Trzy lata temu obiecywał, że jego rząd zbuduje 144 tys. tanich mieszkań na wynajem. W pierwszym roku pojawiło się ich na rynku 12 tys. Potem władze przestały publikować statystyki dotyczące postępów w tej kwestii. Prawdopodobnie dlatego, że ich po prostu nie ma.

Nie ma również jednej przyczyny kryzysu, tak samo jak nie jest prawdą, że wygląda on identycznie w całej Hiszpanii. Prowincja masowo się wyludnia, a często opisywane przez zagraniczną prasę powroty na wieś młodych ludzi to raczej przypadki niż statystycznie znaczące zjawisko. W dużych miastach problemem jest też wynajmowanie mieszkań w trybie krótkoterminowym i pojawienie się cyfrowych nomadów, czyli zagranicznych najemców, którzy nie zapuszczają korzeni w lokalnej społeczności, natomiast windują czynsze i ceny kupowanych nieruchomości. W Madrycie obecność obcokrajowców jest ważnym czynnikiem wpływającym na koszt mieszkań, podobnie jak w Barcelonie. Ale już w Andaluzji czy w Galicji po prostu powstaje za mało mieszkań. A Hiszpanie nie zarabiają wystarczająco dużo w stosunku do tego, ile muszą płacić za lokum.

Według ostatnich badań cytowanych przez portal Euronews średnia pensja osoby poniżej 30. roku życia wynosi 1270 euro, przy średnim czynszu za całą nieruchomość 1211 euro. Przeciętny młody Hiszpan praktycznie nie ma szans na samodzielne wynajęcie mieszkania. To dane uśrednione, wielu młodych ma współlokatorów, a w parach i rodzinach czynsz rozkłada się na dwie osoby. Nie zmienia to jednak faktu, że udział czynszu w miesięcznych wydatkach gospodarstw domowych jest bardzo wysoki. Dochodzi nawet do poziomu prowadzącego do społecznego przesilenia.

Problem w tym, że takich obszarów polityki jest więcej. Młodzi ludzie z Puerta del Sol piszą na tekturze, że chcą walczyć z klasą posiadającą i rentierami. Jednocześnie aż 75 proc. Hiszpanów, jak podaje portal Politico, uważa, że zagrożona jest suwerenność terytorialna kraju. Wszystko z powodu napięć w relacjach z Marokiem, podkręconych niedawnym kryzysem w Ceucie. Król, który przyjechał do hiszpańskiej enklawy w Afryce, zapewnił mieszkańców, że Madryt nigdy ich nie opuści i nikomu nie przekaże kontroli nad tą ziemią.

A przecież temat migracji miał zapewnić poparcie Sanchezowi. Tutaj premier także próbował uciec do przodu, oferując szybką ścieżkę legalizacji pobytu półmilionowej grupie głównie latynoskich imigrantów przebywających w Hiszpanii. Sanchez czuł się bardzo pewny siebie, o czym świadczy jego artykuł opublikowany w dziale opinii "New York Timesa". Premierowi niespecjalnie przeszkadzało też, że w kwestii migracji idzie pod prąd głównego nurtu Unii Europejskiej. Ale próba stworzenia pozytywnego przekazu na temat imigrantów nie powiodła się, a Sanchezowi słupki nie urosły.

Tym samym być może upadnie ostatni progresywny rząd w zachodniej Europie, co będzie miało zapewne konsekwencje dla układu sił na całym kontynencie. Kiedy wiosną w Barcelonie PSOE organizowała pierwszy zjazd nowej światowej lewicy, z udziałem Niemców z SPD czy Luli z Brazylii, wielu upatrywało w Sanchezie lidera kontrofensywy przeciwko narodowemu populizmowi. Od tego czasu minęło zaledwie pół roku i lada moment wszyscy możemy znaleźć się w rzeczywistości, w której ani Sanchez, ani Lula nie mają już nic do powiedzenia. Ich miejsce zajmą politycy mniej lub bardziej radykalni, nieprzychylni zmianom społecznym ani międzynarodowym sojuszom liberalnych demokracji. Okazuje się bowiem, że do przodu uciekać można tylko do pewnego momentu. Prędzej czy później uderzy się z hukiem w ścianę.

View the original on Onet →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.