Ekspert po ataku Rosji przy granicy. Mówi o szumie informacyjnym
Ekspert zwrócił uwagę, że ataki rosyjskich dronów przy przejściu granicznym Dorohusk-Jagodzin i na pociąg przy polskiej granicy, miały "przede wszystkim przestraszyć Polaków". - Jednocześnie prowadzone są sprzężone działania w sferze informacyjnej, których celem jest zdestabilizowanie społeczeństwa oraz elit politycznych na Zachodzie, w tym w Polsce - wyjaśnił Olchowski.
Wraz z pojawieniem się w niedzielę rano doniesień o atakach dronów w pobliżu granicy z Polską, m.in. na platformie X, pojawiły się komentarze sugerujące, że za ataki odpowiadają nie siły rosyjskie, lecz ukraińskie. Ich autorzy sugerowali, że Kijów chce wciągnąć w wojnę państwa NATO, w tym Polskę.
W ten sposób podważano oświadczenie ukraińskiego państwowego przewoźnika kolejowego Ukrzaliznycia, który w niedzielę rano poinformował, że "na Wołyniu, dwa kilometry od granicy z Polską, siły rosyjskie uderzyły w lokomotywę pociągu pasażerskiego". Jak później podał ukraiński portal Suspilne, powołując się na zastępcę dyrektora Ukrzaliznyci, zaatakowany pociąg był składem relacji Kijów-Warszawa, który znajdował się ok. 2 km od granicy z Polską. Pociągiem podróżowało 206 osób. Jak zapewniły władze ukraińskie i polskie, w zdarzeniu nikt nie ucierpiał.
Rzeczniczka MSWiA Karolina Gałecka poinformowała jednocześnie o drugim zdarzeniu, które miało miejsce w nocy ok. 1 km od granicy z Polską. Jak podała, rosyjski dron uderzył w miejscowości Jagodzin, gdzie trafił w stację benzynową. Wskutek ataku zapaliły się dwie ciężarówki.
Ekspert o luce informacyjnej i "wyścigu z czasem"
Wcześniej, po godz. 4 rano, RCB rozesłało wiadomości sms do mieszkańców powiatów na Lubelszczyźnie i Podkarpaciu. Zawierały one informację o monitorowaniu sytuacji oraz prowadzonej operacji przez polskie lotnictwo. Zagrożenie atakiem powietrznym zostało odwołane po godz. 9. Przed godziną 10 Dowództwo informowało o zakończeniu operowania myśliwców, a także, że naziemne systemy obrony powietrznej oraz rozpoznania radiolokacyjnego powróciły do standardowej działalności operacyjnej.
Według Olchowskiego luka informacyjna, która powstaje w momencie, gdy odbiorcy czekają po zdarzeniu na oficjalny komunikat, jest "bardzo niebezpieczna, ale nie sposób jej uniknąć".
- Dla instytucji państwowych to trudny wyścig z czasem, ale zwłoka jest nie do uniknięcia, ponieważ rząd czy wojsko muszą najpierw dokładnie zweryfikować fakty. Podanie niesprawdzonej informacji podważyłoby zaufanie do państwa i dało paliwo wrogiej propagandzie. Ta próżnia jest niezwykle niebezpieczna, ponieważ natychmiast wypełniają ją niesprawdzone komentarze użytkowników, teorie spiskowe i dezinformacja - wyjaśnił.
W ocenie eksperta budowanie zaufania i wiarygodności przez władzę oraz media w warunkach wojny informacyjnej jest dużym wyzwaniem. - Oficjalne komunikaty o bezpieczeństwie państwa muszą być, moim zdaniem, wyważone, racjonalne i oparte na faktach, poparte merytorycznym uzasadnieniem. Choć jednocześnie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że emocjonalne przekazy są bardziej nośne i chwytliwe. Takie komunikaty docierają lepiej do ludzi, zwłaszcza w czasach niepewnych, kiedy dominuje strach - dodał.
Dopytywany o to, co może wyciszyć szum informacyjny, Olchowski odpowiedział, że "niełatwo wskazać skuteczne narzędzie, które mogłoby go 'spacyfikować'". - Żyjemy w erze, która charakteryzuje się nadmiarem docierającej do nas informacji. Właściwie nie jest istotne, kto mówi prawdę, a kto nie, tylko kto mówi więcej. Rosjanie doskonale zdają sobie z tego sprawę. Im więcej jest przekazów fałszywych, manipulacyjnych, destabilizujących, polaryzujących, tym więcej powinno być przeciwdziałania, ale to jest niestety bardzo trudne, bo państwo i jego instytucje są nieproporcjonalnie słabsze w tej walce - podkreślił.
Zwrócił też uwagę, że Rosja jako państwo autorytarne ma pełną kontrolę nad własną przestrzenią informacyjną, a jednocześnie wykorzystuje wolność słowa, poglądów oraz sumienia, jakie panują w zachodnich krajach demokratycznych.
KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.