CNN TürkBorsa'da düşüş trendi sürüyor: Gözler enflasyondaThe Jerusalem PostTrump yet to give final decision on Russia tariffs, sanctions, as Rubio says more time neededInquirerAFP modernization needs sustained funding amid threats — EjercitoPunchEPL: I”ll be back in few weeks, says Chelsea goal keeper MartinezESPN DeportesPredicciones Semana 6 NFL: Apuestas, fantasy, anotadores y másESPNTop CFP contenders after an upset-filled Saturday? Here's our best playoff guessDaily MaverickWatch — How a narrow court ruling became a week of anti-foreigner posts한겨레‘상금 순위 56위’ 마서영, KLPGA 데뷔 3년 만에 첫 우승ZDF heuteEntdecken Sie das ZDF-NachrichtenstudioUOLLubrificante e atenção às preliminares melhoram o sexo na menopausaBBC NewsSeveral dead or injured in major fire at Canada military baseRai NewsHegseth: Iran abbandoni nucleare o devastazione. Araghchi: non cediamo a pressioni ma ok a dialogo
The Daily Newsstand · Free, Always
Sunday, October 18, 2026

O wyniku wyborów połówkowych może zadecydować stosunek Amerykanów do publicznych żłobków i przedszkoli

Translate

Kto śledził przebieg prawyborów, widział, że najwięcej entuzjazmu i nadziei po stronie demokratów niesie dziś skrzydło socjaldemokratyczne. Zdyscyplinowane, skupione na temacie "affordability", czyli kryzysie zbyt wysokich kosztów życia, i odważnie forsujące reformy w kluczowych obszarach życia publicznego. Chodzi o wprowadzenie powszechnej opieki medycznej, restrukturyzację rynków mieszkaniowych oraz dostęp do publicznej opieki nad dziećmi.

Logo

Czytaj nas częściej w Google

Dodaj w Google

Dwie pierwsze propozycje reform nie są zaskoczeniem. W mniej lub bardziej odważnych odsłonach stanowią elementy demokratycznych kampanii wyborczych od lat. Publiczna opieka nad dziećmi jest jednak w Ameryce czymś relatywnie nowym. Nic więc dziwnego, że to na niej skupili uwagę republikanie, węsząc łatwy łup. Zaatakowali projekt jako kopię idei z podręcznika komunizmu, uwłaczającą fundamentalnym amerykańskim wartościom. I… wybili sobie zęby.

Straszak spod znaku sierpa i młota okazał się mało skuteczny w starciu z rosnącymi cenami paliwa, coraz wyższymi stopami procentowymi i inflacją. Wyborcy skupieni przede wszystkim na sile nabywczej swojego portfela uznali, że prawem do wolności wyboru i wartościami nie zapłacą czynszu, podczas gdy dostęp do dotowanego żłobka i przedszkola byłby realną pomocą.

Pod koniec września od Trumpa bezlitośnie odsunęli się nawet ci wyborcy, którzy od przeszło dekady tworzyli żelazny filar MAGA, czyli biali Amerykanie bez wykształcenia wyższego. Większość z nich dziś już Trumpa nie popiera (co nie znaczy, że zmienili barwy partyjne). Zjawisko rozlało się nawet na zdecydowanie republikańskie, prowincjonalne stany, takie jak Teksas, Kentucky, Ohio czy Alaska.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Żłobek a komunizująca prawica

Amerykańskich polityków i ich wyborców cechuje też jednak bezwzględny pragmatyzm. I tak doczekaliśmy w tych wyborach kuriozum. Ścigając uciekającego wyborcę, Biały Dom właśnie bowiem zaproponował Amerykanom rozwiązanie rodem z europejskich socjaldemokracji — powszechny program świadczeń wychowawczych. W cieniu wojny w Iranie, masowych protestów przeciwko serwerowniom AI oraz bezprecedensowego zdestabilizowania relacji transatlantyckich o jesiennych wyborach może więc zadecydować stosunek Amerykanów do publicznych żłobków i przedszkoli.

O co chodzi? O projekt wiceprezydenta J.D. Vance’a, w ramach którego rodziny otrzymywałyby od państwa 9 tys. dol. rocznie na dziecko. Jeśli przypomina to polskie 500+ czy 800+, nie są państwo w błędzie, choć Ameryka nie planuje być tak egalitarna jak Polska — świadczenie ma przysługiwać rodzicom w zalegalizowanym związku małżeńskim, z dochodami poniżej 85 tys. dol. rocznie brutto (średni dochód gospodarstwa domowego w USA w 2025 r. to 126 tys. dol. brutto) i tylko wtedy, gdy jeden rodzic nie pracuje, bo opiekuje się dzieckiem.

Jak ustalił "New York Times", który na początku września pierwszy opublikował informacje na ten temat, Vance chce sfinansować swój pomysł pieniędzmi z już istniejącego, 12-miliardowego budżetu, którym dysponuje Child Care and Development Fund (CCDF, czyli główny federalny program zapewniający dofinansowanie i subsydia do opieki nad dziećmi dla rodzin o niskich dochodach). To sprytny ruch, bo zostanie potraktowany wyłącznie jako zmiana administracyjna w zasadach alokacji już działającego federalnego grantu, dzięki czemu wiceprezydent nie będzie musiał o nic prosić Kongresu.

J.D. Vance

J.D. Vance

EPA/URS FLUEELER / POOL / PAP

Zanim zapytamy, czy faustowski pakt republikanów z "komunistycznym" diabłem rzeczywiście może pomóc im w wyborach, przypomnijmy sobie, dlaczego debata o kosztach i roli państwa w opiece nad dzieckiem stała się w najbogatszym kraju świata tak ważna, że wyrosła na symbol kryzysu ekonomicznego, z jakimi mierzą się Amerykanie.

Żłobek na smyczy wolnego rynku

Najprostsza odpowiedź: bo w Ameryce rodzicielstwo też traktowane jest wolnorynkowo. USA jako jedyne w świecie rozwiniętym do dziś nie gwarantują powszechnego prawa do urlopu macierzyńskiego/rodzicielskiego, nie ma też czegoś takiego jak zwolnienie chorobowe na dziecko, a żłobki i przedszkola są prywatne. Za każdy rodzaj opieki rodzice płacą stawki rynkowe, a jedynie najubożsi mogą się ubiegać o ulgi w opłatach. I to wówczas, gdy wiąże się to z procesem ich aktywizacji zawodowej bądź nauki pod tym kątem.

Tymczasem, jak doniósł w zeszłym roku waszyngtoński Instytut Polityki Ekonomicznej, roczny koszt opieki nad dzieckiem właśnie przekroczył w 38 stanach wysokość czesnego za studia (te w USA również są odpłatne, nawet na uniwersytetach publicznych), a w co trzecim stanie stał się wyższy niż czynsz. To trzykrotność cennika z końca XX w., już po uwzględnieniu inflacji.

W Kolorado, gdzie mieszkam, znajoma matka dwóch chłopców uczęszczających do przedszkola Primrose School (licencjonowana sieć w całym kraju) wydaje na ten cel ponad 4 tys. dol. miesięcznie, czyli równowartość średnich miesięcznych zarobków netto w USA w 2025 r. Aż siedmiu na dziesięciu Amerykanów uważa te koszty za "nie do przełknięcia" i tyle samo popiera programy dotowania lub wręcz całkowitego finansowania przez państwo opieki żłobkowej i przedszkolnej (First Five Years Fund, styczeń 2026).

W 2024 r. naczelny lekarz Ameryki, tzw. Surgeon General, uznał problem kosztów opieki nad dzieckiem za "kryzys zdrowia publicznego". Chroniczny stres na tym tle odczuwa aż połowa amerykańskich rodziców. Dla porównania — odsetek osób żyjących w ciągłym stresie w populacji ogólnej to 26 proc. Moja znajoma, samotna matka, nie kryje, że gdyby nie wykształcenie, które dało jej dobrze płatną pracę, i fakt, że dom wynajmuje za grosze od rodziców, byłaby w sytuacji patowej.

Żłobek a niebezpieczna wspólnotowość

A przecież, co wielu młodych rodziców odkrywa dziś ze zdumieniem, Ameryka nie zawsze była tak nielitościwa dla pracujących rodziców. Kiedyś nawet powszechna opieka nad dziećmi była dostępna i okazała się wielkim sukcesem. Mowa o czasach II wojny światowej, gdy rząd potrzebujący kobiet do pracy w przemyśle zbrojeniowym masowo otwierał we wszystkich zakątkach kraju darmowe żłobki i przedszkola. Finansująca to przedsięwzięcia ustawa miała jednak charakter tymczasowy i kiedy żołnierze wrócili z frontu, placówki opieki pozamykano, Amerykanki zaś odesłano do kuchni.

Stało się to — czemu trudno się dziwić — zaczynem buntu, z którego wkrótce w USA wyrósł nowoczesny ruch feministyczny. Dzięki niemu temat powrócił w 1971 r. Kontrolowany przez demokratów Kongres przegłosował wtedy ustawę Comprehensive Child Development Act, w której znalazł się zapis, że programy wspierające rozwój dziecka powinny być dostępne dla wszystkich dzieci bez względu na pochodzenie, rasę i status materialny rodziców.

Niestety, urzędujący wówczas republikański prezydent Richard Nixon ustawę zawetował, bo choć jako kandydat na prezydenta bardzo ją wspierał, trzy lata później już startował z kampanią reelekcyjną i desperacko szukał poparcia religijnej prawicy. Ta zaś od czasów desegregacji w szkołach i Ustawy o prawach obywatelskich z 1964 r. miała aż nadto pretensji do państwa o nadmierne ingerowanie w rozmaite sfery życia Amerykanów i o to, że publiczna edukacja w dobie równouprawnienia przesiąka ideologiami sprzecznymi z konserwatywnymi wartościami.

W liście do Kongresu wyjaśniającym weto Nixon użył stwierdzenia, które okazało się brzemienne w skutki dla dalszej debaty o formach pomocy rodzinie. Nie ma miejsca dla państwa w placówkach opieki nad dzieckiem — argumentował Nixon — bo wymagałoby to zaangażowania "ogromnego autorytetu moralnego władz centralnych po stronie wspólnotowych modeli wychowania". W szczytowym okresie zimnej wojny nikomu nie trzeba było tłumaczyć, kto i gdzie na świecie wspólnotowo wychowuje dzieci.

Gdy w 1975 r. znowelizowana ustawa wróciła do Kongresu, jej główny autor, Walter Mondale, musiał zatrudnić dodatkowych pracowników, by odpowiadali na listy od oburzonych wyborców. Prawica tymczasem otwierała szampana. Zrozumiała, że historia właśnie dała jej do ręki nową broń atomową, którą będzie odtąd mogła walczyć o konserwatywny elektorat. Projekt ustawy pogrzebały krążące po kraju broszury straszące Amerykanów, że nowe prawo zabroni rodzicom wymagać od dzieci, by wynosiły śmieci i chodziły do kościoła. Pomysł dotowanej opieki ostatecznie zdyskredytowały idee neoliberalizmu rozpychające się od późnych lat 70., również w sferze społecznej i kulturowej.

— Gdy w latach 80. podniosły się głosy, że pracująca kobieta potrzebuje systemowego wsparcia, konserwatyści przystąpili do ofensywy i niestety wygrali. Użyli bowiem specyficznego języka odwołującego się do pryncypialnych amerykańskich wartości: odpowiedzialności i wyboru. Dziecko to twój wybór. Praca zarobkowa to twój wybór. Podejmujesz te wybory na własną odpowiedzialność, biorąc pod uwagę to, co najlepsze dla ciebie i twojej rodziny. Do dziś zbieramy żniwo takiego ustawienia dyskursu — wyjaśniła mi Kirsten Swinth, historyczka ruchów feministycznych z Uniwersytetu Fordham w Nowym Jorku.

Żłobek a świętość rodziny

Jednocześnie w przestrzeni publicznej wyciszył się argument — do dziś centralny w debacie o dziecku i rodzinie w pozostałych krajach wysokorozwiniętych — o korzyściach społecznych płynących z wyrównywania szans rozwojowych i edukacyjnych dzieci. Z czasem, w miarę radykalizowania się amerykańskiej prawicy i jej zwrotu ku ortodoksyjnej religijności, wzrosła za to popularność przekazu, że ingerencja państwa w sprawy opieki i wychowania jest zamachem na świętą instytucję rodziny.

Od prawie 40 lat pomoc rodzicom jest więc szufladkowana w Ameryce jako forma opieki socjalnej. Stawia to w centrum nie dobro dziecka, ale rodzica, któremu przede wszystkim należy ułatwić podjęcie pracy zarobkowej. Za prezydentury Billa Clintona powstał wspomniany CCDF, z którego J.D. Vance chce dziś wypłacać zasiłki. Barack Obama forsował szczodry plan dotowania edukacji przedszkolnej również dla rodzin z klasy średniej, ale koszty przenosił na władze stanowe. Republikanie poruszają się tu po wąskim poletku ulg podatkowych dla niezamożnych gospodarstw domowych.

Problem instytucjonalnej opieki nad dziećmi uderzył jednak w Amerykę w czasie pandemii. Prywatne żłobki i przedszkola długo nie miały zamiaru wznawiać działalności, a państwo otrzymało za to rachunek, który był katastrofalny. Z rynku pracy zniknęło ponad 1 mln rodziców, trzy czwarte tej grupy stanowiły kobiety. Gospodarka USA straciła w ten sposób prawie 65 mld dol.

Postawił ją z powrotem na nogi dopiero 39-miliardowy federalny grant w ramach szerszej ustawy pomocowej dla infrastruktury podpisany przez Joego Bidena w 2021 r. Biznes kręcił się przez następne dwa lata, ale gdy pieniądze się skończyły, rynek odpowiedział na to w przewidywalny sposób. Przedsiębiorcy odpalili rakietę podwyżek i tak oto amerykańscy rodzice znaleźli się w punkcie, w którym są obecnie. Od 2023 r. opłaty za żłobki i przedszkola zwiększyły się o 30 proc. i rosną.

Dla demokratów, szczególnie z dużych miast, w które podwyżki uderzyły najmocniej, ukłon w stronę rodziców już od kilku lat jest rzeczą oczywistą — i na takim podejściu dobrze wychodzą. Orędownikami publicznych żłobków i przedszkoli są m.in. burmistrz Nowego Jorku Zohran Mamdani, burmistrz San Francisco Daniel Lurie, ubiegająca się o reelekcję w stanie Nowy Jork kongresmenka Alexandria Ocasio-Cortez, kandydatka na gubernatorkę stanu Nowy Jork Kathy Hochul, kandydatka na gubernatorkę stanu Nowy Meksyk Deborah Haaland, kandydatka na burmistrzynię Waszyngtonu Janeese Lewis George czy ubiegający się o reelekcję kongresmen z Kalifornii Ro Khanna.

Zohran Mamdani w październiku 2024 r.

Zohran Mamdani w październiku 2024 r.

Bingjiefu He / Wikimedia Commons

Temat poruszany jest również na szczytach partyjnego establishmentu. W maju tego roku senatorka Elizabeth Warren wezwała wszystkich demokratów, by plan powszechnej opieki nad dziećmi stał się obowiązkowym elementem każdej demokratycznej kampanii wyborczej. I teraz, i w wyborach 2028. James Carville, legendarny demokratyczny strateg i autor słynnego hasła "Ekonomia, głupcze", doradza dziś partii: "Jeśli 70 proc. Amerykanów mówi, że koszty opieki nad dziećmi są za wysokie, nie powinniśmy się bać tego, by dostęp do żłobka i przedszkola uczynić dobrem publicznym".

Żłobek po amerykańsku

Jeśli już nawet prawica widzi sens wspierania rodziny w iście "socjalistyczny" sposób, czy oznacza to, że Amerykanie, a szczególnie Amerykanki, dożyli końca czasów demonizowania polityki prorodzinnej, a jej formy zbliżą się koncepcyjnie do tych, jakie realizuje reszta rozwiniętego świata?

Nie jest to niemożliwe. Jednak nawet jeśli idea dotowanych żłobków i przedszkoli pomoże w tym roku jednej stronie wygrać, a drugiej przegrać trochę mniej, droga do realnej, powszechnej opieki nad dziećmi pozostanie długa i wyboista.

Po pierwsze, o ile demokraci pójdą za radą Carville’a i okrzykną się partią neo-Nowego Ładu, wprowadzenie takiej reformy uda im się tylko wtedy, gdy w 2028 r. dopełnią wyborczy sukces. Na to zaś, po dwóch latach współrządzenia krajem z Trumpem wciąż w Białym Domu, szanse są praktycznie żadne.

Donald Trump, Waszyngton, 10 października 2026 r.

Donald Trump, Waszyngton, 10 października 2026 r.

Aaron Schwartz / Stringer / Getty Images

Po drugie, reformę zatopi jej wycena. Kongres, jak wyliczył Ro Khanna, będzie musiał alokować na ten cel co najmniej 1 bln dol. w perspektywie najbliższej dekady. Przy drenującej budżet wojnie z Iranem, której całkowitych kosztów wciąż nie znamy, i chociażby obsłudze długu publicznego, który właśnie przekroczył 40 bln dol., interes rodziców — kurczącej się w dodatku grupy wyborczej — tym łatwiej będzie sprzedać innym wyborcom jako fanaberię, z którą w najlepszym wypadku należy zaczekać na lepsze czasy.

Po trzecie wreszcie, na przeszkodzie stanie federalizm Ameryki. Stany zarządzane przez republikanów mogą odmówić wprowadzenia nieprzypadającej im do gustu reformy, tak jak to się dzieje z Obamacare. Wciąż mamy dziesięć republikańskich stanów, które nie poszerzyły u siebie dostępu do ubezpieczenia Medicaid obsługującego najbiedniejszych oraz dzieci z rodzin nieubezpieczonych, choć Obamacare przeznacza na ten cel pieniądze dla wszystkich stanów.

Najbardziej prawdopodobną i najłatwiej strawną postacią "reformy żłobkowej" będzie więc pewnie program federalnych grantów do akceptacji wedle uznania przez dany stan, a do tego, w geście poszanowania praw stanów, pewnie też tradycyjnie zasada współfinansowania reformy, co nie dla wszystkich stanów będzie do udźwignięcia w tym samym stopniu. Nowy Meksyk formy publicznie dotowanych placówek opieki nad dziećmi testuje już od 2022 r., odkąd powszechne do niej prawo wpisał do swojej konstytucji. Stan ten jednak ropą stoi i to ona płaci za program.

Żłobek w erze teorii spiskowych

Największą barierą może się okazać kanon wspomnianych "specyficznie amerykańskich" idei i wartości, przez pryzmat których patrzy na świat szczególnie konserwatywna część kraju. Dla progresywistów trudne są też współczesne czasy. W dobie upadku autorytetów i wiary w instytucje, przy jednoczesnej ofensywie teorii spiskowych, w tym o systemowym prześladowaniu chrześcijańskiej rodziny, bardzo łatwo sprzedać ludziom teorię o inżynierii społecznej jako prawdziwym celu federalizacji opieki nad dzieckiem.

"Tygodnik Przegląd" nr 42

"Tygodnik Przegląd" nr 42

Tygodnik Przegląd

I choć plan J.D. Vance’a miałby największe szanse na realizację, a jego ukłon w stronę rodziny dałby mu u wielu na prawicy rozgrzeszenie za "komunizowanie", nawet on może nie dojechać do mety. Przede wszystkim zostałby natychmiast zaskarżony do sądu na gruncie sprzeczności z ustawą założycielską CCDF, w której pieniądze są narzędziem pomocy rodzicom pracującym bądź uczącym się, a nie opiekującym się potomstwem w domu.

Druga sprawa — nieprzejednani pogromcy socjalu uważają pomysł Vance’a za potencjalnie patogenny. Zachęca on przecież rodziców, nawet oboje, do porzucenia aktywności zawodowej, bo przy większej liczbie dzieci będą mogli żyć na koszt państwa. Poza tym doświadczenia krajów oferujących tego typu powszechne świadczenia na dzieci (np. Polski) nie potwierdzają tezy, że ta pomoc podnosi dzietność.

W historii nie brakuje dowodów, że kwestie społeczne potrafią zmieniać bieg dziejów państw. Choć Churchill wygrał II wojnę światową, przegrał w wyborach w 1945 r. z Partią Pracy, bo ta obiecała Brytyjczykom powszechną opiekę medyczną, znaną potem jako NHS. Autorka tego tekstu nie wierzy, że Amerykanie są autentycznie gotowi na powszechną opiekę zdrowotną i publiczne przedszkola, ale gotowa jest zaryzykować tezę, że właśnie zrobili duży krok w tym kierunku.

View the original on Onet →

KioskNews shows a cleaned-up reading view extracted from the publisher’s page — the original always lives on their site, not ours.